Co park narodowy może nam dać, a co jednak zabiera
2009-10-16
, aktualizacja: 16.10.2009 19:51
Te same osoby, które zbierały podpisy pod petycjami, że nie chcą parku narodowego, dziś z powodzeniem prowadzą tu działalność agroturystyczną - mówi Janusz Kochanowski, dyrektor parku Bory Tucholskie.
ZOBACZ TAKŻE
- Ministerstwo się nie śpieszy. Mazury długo bez parku (22-01-10, 21:21)
- Przekonywać, do powstaniu parku narodowego, nie narzucać (20-11-09, 18:26)
- Dyskusja o Parku Narodowym - hipokryzja z ochroną Mazur (06-11-09, 18:36)
- Nie taki park straszny, dowodzą w Borach Tucholskich (23-10-09, 19:05)
- Dzikie Mazury mają ściągnąć turystów jesienią i zimą (18-10-09, 17:41)
- Olga Lipińska: Ratujmy Mazury przed najazdem (09-10-09, 20:34)
- Po co nam park narodowy? Aby chronić przyrodę (25-09-09, 19:24)
- Utworzenie parku to nasz obowiązek (11-09-09, 19:28)
Park Narodowy Bory Tucholskie jest jednym z najmłodszych w Polsce, powstał 13 lat temu. To na tyle niedawno, by dobrze pamiętać jego początki, a zarazem dostatecznie długo, by móc ocenić, czy utrudnił życie okolicznym mieszkańcom tak, jak się tego obawiali.
Rozmowa z Januszem Kochanowskim, dyrektorem parku Bory Tucholskie
Magdalena Spiczak-Brzezińska: Mazury są na początku drogi, jaką wy musieliście pokonać kilkanaście lat temu. Już wiadomo, że do idei powstania parku narodowego nie będzie łatwo przekonać ludzi. Czy w Borach Tucholskich też zaczęło się od protestów?
Janusz Kochanowski: Sprzeciw był bardzo silny. O perypetiach związanych z powstaniem parku narodowego powstała nawet praca magisterska.
Kto najbardziej protestował?
Wydaje mi się, że w konflikt najbardziej zaangażowani byli nie okoliczni mieszkańcy, ale leśnicy i myśliwi, czyli grupy zawodowe, które na parku wychodziły najgorzej. Trudno się temu dziwić, skoro leśniczy tracił swoją posadę i choć automatycznie przechodził na takie same stanowisko do parku narodowego, to zarobki miał trzy razy mniejsze. A do tego musiał całkowicie przestawić swoje myślenie o lesie, bo już nie miał zajmować się pozyskiwaniem drewna, ale dostawał nowe zadania. Myśliwym zaś nie podobało się, że na terenie parku narodowego nie może być kół łowieckich, że nie będą mogli prowadzić odstrzałów.
I tak argumentowali swój sprzeciw?
Absolutnie nie. Zamiast mówić o swoich utraconych korzyściach, wymyślali trochę sztuczne problemy. Na przykład, że miejscowi już nie będą rządzić w swoich lasach, bo parki narodowe podlegają ministrowi ochrony środowiska. Mówili, że "warszawka" wypędzi zwykłych ludzi z lasu i sami będą polować. Te wszystkie strachy padały na podatny grunt, bo przez 150 lat miejscowa ludność nie była tu rozpieszczana przez władzę.
Ludzie wierzyli tym, do których mają zaufanie, np. leśniczemu.
Zwolennicy parku chcieli mówić tylko o plusach, o rozwoju turystyki, która dzięki niemu nastąpi, o reklamie dla regionu. A to tylko zielone światło, które nawet nie świeci w oddali, a mruga. Tymczasem ludzie myśleli tak - jak będzie park, to będzie więcej strażników. Teraz skłusuję sobie kilka rybek, sprzedam turystom i mam pewny zarobek. A parku pilnują strażnicy i nic nie zarobię. Więc jestem na nie. Co z tego, że mnie namawiają, żebym założył gospodarstwo agroturystyczne. Przyjadą goście, człowiek będzie musiał się co rano golić, nie będzie można nawet bąka puścić przed własną chałupą. Przeciwnicy pokazywali im też listę zakazów, jakich trzeba przestrzegać w parku narodowym. Padał argument, że miejscowa ludność nie będzie miała dochodów ze zbierania grzybów - normalnie obraz nędzy i rozpaczy.
Ale zakazów w parku narodowym faktycznie jest wiele.
Artykuł 15 Ustawy o ochronie przyrody, który je wylicza, jest bardzo obszerny. I są to zakazy, które trzeba wprowadzić obligatoryjnie, nie można sobie np. kilku wybrać. Mieszkańców terenów wokół parku obowiązują od zaraz. Są faktem, a ewentualne korzyści to przyszłość.
Jest przepis, który zabrania m.in. zbierania grzybów i innych roślin.
Generalnie tak, ale z wyjątkiem miejsc, gdzie jest to dopuszczone przez dyrekcję parku. W praktyce dotyczy to tylko obszarów ścisłej ochrony. Na prawie 70 procentach terenu Parku Narodowego Bory Tucholskie można zbierać grzyby.
Ale samochodami do parku narodowego wjeżdżać nie można...
Taki zakaz obowiązuje też w lasach państwowych, choć w parku jest rozszerzony. Dla kogoś, kto jadąc skrótem przez las miał bliżej do sklepu, to strata, choć nie aż taka duża. Ale na zakazach ludzie też mogą robić biznes. W Słowińskim Parku Narodowym parking dla samochodów był kiedyś tuż pod najwyższą wydmą - górą Łącką. Przez pobliską miejscowość auta przejeżdżały nie zatrzymując się, wzbijały tylko kurz. Odkąd wprowadzono zakaz wjazdu i trzeba samochody zostawiać w wiosce, jej mieszkańcy zaczęli zarabiać na turystach. Są wypożyczalnie rowerów, sklepy, linia meleksów, bryczki. Tak samo jest w Tatrzańskim Parku, gdzie woźnice mają zarobek wożąc ceprów nad Morskie Oko. Poza tym kwitnie turystyka rowerowa. Gdy 13 lat temu powstawał w Borach Tucholskich park, nie można było nigdzie wypożyczyć roweru. Teraz obliczyłem, że w okolicy turyści mogą korzystać z ok. 3 tys. jednośladów. Wypożyczalnia to też jest sposób na zysk.
Nie można budować w parku i jego otulinie czego się chce. Na postawienie najmniejszej szopki trzeba mieć zgodę.
Dlatego konieczne jest przygotowanie planu ochrony, w którym jasno określi się, co i na jakich zasadach można budować. Żeby nie zależało to tylko od widzimisię urzędnika, jakim jest też przecież dyrektor parku. To, że nie można stawiać czego się chce, np. zakładów uciążliwych dla środowiska, spowodowało, że ludzie poczuli się bezpiecznie. Nie boją się, że w okolicy wyrośnie im śmierdząca fabryka czy spalarnia śmieci. To jedna z przyczyn, dlaczego ceny gruntów w pobliżu parku wzrosły 10-krotnie. Każdy chce tu kupić ziemię.
A ludzie z czasem przekonali się wreszcie do parku?
Pewnie nie wszyscy. Ale te same osoby, które zbierały podpisy pod petycjami, że nie chcą parku, dziś prowadzą działalność turystyczną i reklamują się w internecie, że ich gospodarstwo agroturystyczne leży w jego pobliżu.
Rozmowa z Januszem Kochanowskim, dyrektorem parku Bory Tucholskie
Magdalena Spiczak-Brzezińska: Mazury są na początku drogi, jaką wy musieliście pokonać kilkanaście lat temu. Już wiadomo, że do idei powstania parku narodowego nie będzie łatwo przekonać ludzi. Czy w Borach Tucholskich też zaczęło się od protestów?
Janusz Kochanowski: Sprzeciw był bardzo silny. O perypetiach związanych z powstaniem parku narodowego powstała nawet praca magisterska.
Kto najbardziej protestował?
Wydaje mi się, że w konflikt najbardziej zaangażowani byli nie okoliczni mieszkańcy, ale leśnicy i myśliwi, czyli grupy zawodowe, które na parku wychodziły najgorzej. Trudno się temu dziwić, skoro leśniczy tracił swoją posadę i choć automatycznie przechodził na takie same stanowisko do parku narodowego, to zarobki miał trzy razy mniejsze. A do tego musiał całkowicie przestawić swoje myślenie o lesie, bo już nie miał zajmować się pozyskiwaniem drewna, ale dostawał nowe zadania. Myśliwym zaś nie podobało się, że na terenie parku narodowego nie może być kół łowieckich, że nie będą mogli prowadzić odstrzałów.
I tak argumentowali swój sprzeciw?
Absolutnie nie. Zamiast mówić o swoich utraconych korzyściach, wymyślali trochę sztuczne problemy. Na przykład, że miejscowi już nie będą rządzić w swoich lasach, bo parki narodowe podlegają ministrowi ochrony środowiska. Mówili, że "warszawka" wypędzi zwykłych ludzi z lasu i sami będą polować. Te wszystkie strachy padały na podatny grunt, bo przez 150 lat miejscowa ludność nie była tu rozpieszczana przez władzę.
Ludzie wierzyli tym, do których mają zaufanie, np. leśniczemu.
Zwolennicy parku chcieli mówić tylko o plusach, o rozwoju turystyki, która dzięki niemu nastąpi, o reklamie dla regionu. A to tylko zielone światło, które nawet nie świeci w oddali, a mruga. Tymczasem ludzie myśleli tak - jak będzie park, to będzie więcej strażników. Teraz skłusuję sobie kilka rybek, sprzedam turystom i mam pewny zarobek. A parku pilnują strażnicy i nic nie zarobię. Więc jestem na nie. Co z tego, że mnie namawiają, żebym założył gospodarstwo agroturystyczne. Przyjadą goście, człowiek będzie musiał się co rano golić, nie będzie można nawet bąka puścić przed własną chałupą. Przeciwnicy pokazywali im też listę zakazów, jakich trzeba przestrzegać w parku narodowym. Padał argument, że miejscowa ludność nie będzie miała dochodów ze zbierania grzybów - normalnie obraz nędzy i rozpaczy.
Ale zakazów w parku narodowym faktycznie jest wiele.
Artykuł 15 Ustawy o ochronie przyrody, który je wylicza, jest bardzo obszerny. I są to zakazy, które trzeba wprowadzić obligatoryjnie, nie można sobie np. kilku wybrać. Mieszkańców terenów wokół parku obowiązują od zaraz. Są faktem, a ewentualne korzyści to przyszłość.
Jest przepis, który zabrania m.in. zbierania grzybów i innych roślin.
Generalnie tak, ale z wyjątkiem miejsc, gdzie jest to dopuszczone przez dyrekcję parku. W praktyce dotyczy to tylko obszarów ścisłej ochrony. Na prawie 70 procentach terenu Parku Narodowego Bory Tucholskie można zbierać grzyby.
Ale samochodami do parku narodowego wjeżdżać nie można...
Taki zakaz obowiązuje też w lasach państwowych, choć w parku jest rozszerzony. Dla kogoś, kto jadąc skrótem przez las miał bliżej do sklepu, to strata, choć nie aż taka duża. Ale na zakazach ludzie też mogą robić biznes. W Słowińskim Parku Narodowym parking dla samochodów był kiedyś tuż pod najwyższą wydmą - górą Łącką. Przez pobliską miejscowość auta przejeżdżały nie zatrzymując się, wzbijały tylko kurz. Odkąd wprowadzono zakaz wjazdu i trzeba samochody zostawiać w wiosce, jej mieszkańcy zaczęli zarabiać na turystach. Są wypożyczalnie rowerów, sklepy, linia meleksów, bryczki. Tak samo jest w Tatrzańskim Parku, gdzie woźnice mają zarobek wożąc ceprów nad Morskie Oko. Poza tym kwitnie turystyka rowerowa. Gdy 13 lat temu powstawał w Borach Tucholskich park, nie można było nigdzie wypożyczyć roweru. Teraz obliczyłem, że w okolicy turyści mogą korzystać z ok. 3 tys. jednośladów. Wypożyczalnia to też jest sposób na zysk.
Nie można budować w parku i jego otulinie czego się chce. Na postawienie najmniejszej szopki trzeba mieć zgodę.
Dlatego konieczne jest przygotowanie planu ochrony, w którym jasno określi się, co i na jakich zasadach można budować. Żeby nie zależało to tylko od widzimisię urzędnika, jakim jest też przecież dyrektor parku. To, że nie można stawiać czego się chce, np. zakładów uciążliwych dla środowiska, spowodowało, że ludzie poczuli się bezpiecznie. Nie boją się, że w okolicy wyrośnie im śmierdząca fabryka czy spalarnia śmieci. To jedna z przyczyn, dlaczego ceny gruntów w pobliżu parku wzrosły 10-krotnie. Każdy chce tu kupić ziemię.
A ludzie z czasem przekonali się wreszcie do parku?
Pewnie nie wszyscy. Ale te same osoby, które zbierały podpisy pod petycjami, że nie chcą parku, dziś prowadzą działalność turystyczną i reklamują się w internecie, że ich gospodarstwo agroturystyczne leży w jego pobliżu.
- 4 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
10 głosów
-
Ciemnotę łatwo zastraszyć. Podobnie bylo z
guru133
18.10.09, 15:58
wieśniakami, których straszono wejściem do UE i Niemcami gromadniewykupującymi naszą ziemię.»
Najczęściej czytane24 htydzień




