Słowniczek pojęć urzędników od miejskiej oświaty
25.06.2010
, aktualizacja: 25.06.2010 19:14
To był burzliwy rok szkolny w Olsztynie. Urzędnicy próbowali naprawić lokalną oświatę, ale rodzice przeciw tej reformie protestowali. Przy okazji nauczyliśmy się kilku ważnych dla olsztyńskiej oświaty określeń.
ZOBACZ TAKŻE
- W ratuszu będą nowi dyrektorzy od edukacji i sportu (30-01-11, 16:32)
- Belfer, najlepszy zawód na długie lata. Nawet na 45 (31-08-10, 17:57)
- W klasach więcej uczniów, mniej nauczycieli (10-06-10, 19:01)
- I po reformie oświaty. Przynajmniej na kilka miesięcy (19-02-10, 17:58)
Uczniowie cieszą się dziś pierwszym dniem wakacji. Przez dwa miesiące nie będą musieli wczesnym rankiem zwlekać się z łóżek, dojeżdżać zatłoczonymi autobusami, przeżywać klasówek. Na wakacje czekali nie tylko dzieci i nauczyciele, ale również rodzice, którzy w minionym roku szkolnym byli wyjątkowo aktywni i kilka razy starli się z olsztyńskimi urzędnikami. Zapewne dziś są zadowoleni, bo wielu z najbardziej kontrowersyjnych pomysłów nie udało się ratuszowi zrealizować.
Przez ostatnie dziesięć miesięcy urzędnicy - specjaliści od oświaty - edukowali nas bardzo pracowicie. Starali się wszelkimi sposobami nauczyć nas, że czarne nie jest czarne, a białe białe. Widać to, gdy przeanalizujemy język, którym komunikowali się z mieszkańcami. Dla nich redukcja etatów wśród pracowników obsługi i administracji szkolnej, dzięki której miasto chciało zyskać milion złotych, to nie były "zwolnienia" i nie "szukanie oszczędności" - jak już na pierwszy rzut oka tłumaczyli sobie laicy spoza urzędu - tylko "racjonalizacja wydatków w oświacie".
Pomysł, aby uczniowie z gimnazjum w zespole szkół w Gutkowie zostali przeniesieni do gimnazjum przy ul. Konopnickiej, to nie likwidacja szkoły, lecz "troska o interes dzieci". Późniejsze wycofanie się po protestach z tego pomysłu to nic innego, jak "wychodzenie naprzeciw postulatom rodziców".
Rodzice, którzy nie zgadzali się na zamykanie lub łączenie szkół - według urzędników - nie protestowali, lecz "brali udział w konsultacjach społecznych". Kiedy ratusz pod wpływem tych "konsultacji" wycofał się z kontrowersyjnych planów, nie była to "rezygnacja z reformy", ale "odłożenie jej w czasie". Dodajmy, że bliżej nieokreślonym.
Kiedy urzędnicy doszli do wniosku, że klasa siatkarska w Szkole Podstawowej nr 30 nie jest już potrzebna - co innego twierdzili uczniowie, rodzice i nauczyciele - nie mówili, że klasa "zostanie zlikwidowana", a jedynie, że "nie będzie do niej naboru na nowy rok szkolny".
Gdy plany łączenia niektórych szkół publicznych zakończyły się niepowodzeniem, urzędnicy wzięli się za szkoły prywatne. Ale i tam nie szukali oszczędności, ale "sprawdzali, jak wydawane są miejskie dotacje" i "szukali martwych dusz" (dzięki tym martwym duszom szkoły mogłyby dostawać nienależne dotacje).
Kiedy na początku czerwca "Gazeta" napisała, że w niektórych podstawówkach zostaną połączone klasy, a dzieci rozdzielone, urzędnicy mówili, że robią to, by "liczba uczniów w klasie we wszystkich szkołach była porównywalna", a nie że upychają dzieci w coraz bardziej zatłoczonych klasach.
Urzędnicy pokazali nam też, co znaczy praca zespołowa. Kto może być w zespole? Wchodzą do niego osoby, które Jerzy Szmit, wiceprezydent odpowiedzialny za sprawy oświaty, uznaje za specjalistów i chce z nimi współpracować. Nie musi w nim być żaden dyrektor szkoły, bo jak tłumaczył mi wiceprezydent, dyrektorzy i tak nie mówiliby prawdy o swoich szkołach. Więc po co ich prosić o pomoc. Dziś już wiemy, że efekty zespołowej pracy nie muszą przynosić oczekiwanych rezultatów. Jeden olsztyński zespół zajmował się wprowadzeniem do szkół edukacji patriotycznej i regionalnej, dzięki której uczniowie mieli od września 2009 r. poznawać historię Warmii i Mazur. Do dziś obowiązkowych lekcji regionalnych nie ma i nic nie wskazuje, by miały być w przyszłości. Był też zespół, który miał się zająć agresją w szkołach. Po kilku miesiącach zespołowej działalności doczekaliśmy się strony internetowej o bezpieczeństwie, która młodzieży nie przypadła do gustu.
Po takim roku szkolnym nie mam wątpliwości, że wszystkim należy się zasłużony wypoczynek.
zdj.
Co tam jest w świadectwie? Ostatni kontakt ze szkołą
Przez ostatnie dziesięć miesięcy urzędnicy - specjaliści od oświaty - edukowali nas bardzo pracowicie. Starali się wszelkimi sposobami nauczyć nas, że czarne nie jest czarne, a białe białe. Widać to, gdy przeanalizujemy język, którym komunikowali się z mieszkańcami. Dla nich redukcja etatów wśród pracowników obsługi i administracji szkolnej, dzięki której miasto chciało zyskać milion złotych, to nie były "zwolnienia" i nie "szukanie oszczędności" - jak już na pierwszy rzut oka tłumaczyli sobie laicy spoza urzędu - tylko "racjonalizacja wydatków w oświacie".
Pomysł, aby uczniowie z gimnazjum w zespole szkół w Gutkowie zostali przeniesieni do gimnazjum przy ul. Konopnickiej, to nie likwidacja szkoły, lecz "troska o interes dzieci". Późniejsze wycofanie się po protestach z tego pomysłu to nic innego, jak "wychodzenie naprzeciw postulatom rodziców".
Rodzice, którzy nie zgadzali się na zamykanie lub łączenie szkół - według urzędników - nie protestowali, lecz "brali udział w konsultacjach społecznych". Kiedy ratusz pod wpływem tych "konsultacji" wycofał się z kontrowersyjnych planów, nie była to "rezygnacja z reformy", ale "odłożenie jej w czasie". Dodajmy, że bliżej nieokreślonym.
Kiedy urzędnicy doszli do wniosku, że klasa siatkarska w Szkole Podstawowej nr 30 nie jest już potrzebna - co innego twierdzili uczniowie, rodzice i nauczyciele - nie mówili, że klasa "zostanie zlikwidowana", a jedynie, że "nie będzie do niej naboru na nowy rok szkolny".
Gdy plany łączenia niektórych szkół publicznych zakończyły się niepowodzeniem, urzędnicy wzięli się za szkoły prywatne. Ale i tam nie szukali oszczędności, ale "sprawdzali, jak wydawane są miejskie dotacje" i "szukali martwych dusz" (dzięki tym martwym duszom szkoły mogłyby dostawać nienależne dotacje).
Kiedy na początku czerwca "Gazeta" napisała, że w niektórych podstawówkach zostaną połączone klasy, a dzieci rozdzielone, urzędnicy mówili, że robią to, by "liczba uczniów w klasie we wszystkich szkołach była porównywalna", a nie że upychają dzieci w coraz bardziej zatłoczonych klasach.
Urzędnicy pokazali nam też, co znaczy praca zespołowa. Kto może być w zespole? Wchodzą do niego osoby, które Jerzy Szmit, wiceprezydent odpowiedzialny za sprawy oświaty, uznaje za specjalistów i chce z nimi współpracować. Nie musi w nim być żaden dyrektor szkoły, bo jak tłumaczył mi wiceprezydent, dyrektorzy i tak nie mówiliby prawdy o swoich szkołach. Więc po co ich prosić o pomoc. Dziś już wiemy, że efekty zespołowej pracy nie muszą przynosić oczekiwanych rezultatów. Jeden olsztyński zespół zajmował się wprowadzeniem do szkół edukacji patriotycznej i regionalnej, dzięki której uczniowie mieli od września 2009 r. poznawać historię Warmii i Mazur. Do dziś obowiązkowych lekcji regionalnych nie ma i nic nie wskazuje, by miały być w przyszłości. Był też zespół, który miał się zająć agresją w szkołach. Po kilku miesiącach zespołowej działalności doczekaliśmy się strony internetowej o bezpieczeństwie, która młodzieży nie przypadła do gustu.
Po takim roku szkolnym nie mam wątpliwości, że wszystkim należy się zasłużony wypoczynek.
zdj.
Co tam jest w świadectwie? Ostatni kontakt ze szkołą
- 1 komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień




