Biskup wojskową grochówką już nikogo nie poczęstuje

tk, man
10.04.2010 , aktualizacja: 12.04.2010 11:07
A A A Drukuj
- Fascynowały mnie wojskowe marsze, piosenki, musztra - mówił ordynariusz polowy Tadeusz Płoski kilka dni po nominacji biskupiej. I zaraz dodał: - Módlcie się, by nie powinęła mi się noga

Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta
Biskup Tadeusz Płoski urodził się w 1956 roku w Lidzbarku Warmińskim. Tam też skończył liceum ogólnokształcące. Chodził do równoległej klasy z Waldemarem Milewiczem, znanym dziennikarzem TVP, który zginął w Iraku. Gdy przyjechał do rodzinnego miasta we wrześniu 2005 roku na uroczystość nadania jednej z ulic imienia Milewicza, miał z nią jedne wspomnienia. - Wstyd się przyznać, ale właśnie tą drogą, która teraz nosi imię Waldka, nieraz z nim biegaliśmy na cmentarz palić papierosy.

Studiował w seminarium w Olsztynie. - Byłem wówczas prefektem seminarium i dyrektorem Caritasu. Tadeusz był moim wychowankiem. Wybijał się, był także przewodniczącym samorządu studenckiego - wspomina ks. Andrzej Lesiński, dziś proboszcz parafii katedralnej św. Jakuba w Olsztynie. - Na rok przed święceniami, w 1981 roku po rozpoczęciu stanu wojennego, włączył się bardzo mocno w pracę przy dostarczaniu ludziom darów z Zachodu. To była ciężka harówka.

Po święceniach w 1982 roku pracował w Morągu, potem poszedł na studia specjalistyczne z prawa kanonicznego do Lublina, pracował w sądzie biskupim. W Olsztynie do dziś jest jednak wspominany przede wszystkim jako duszpasterz akademicki. Absolwenci olsztyńskich uczelni wspominają spotkania z nim. Uśmiechał się, ale nie był to uśmiech żartownisia, lecz człowieka, który chciał ci oddać serce. Wspominają jego kazania. On na ambonie mówił, nie głosił. Opowiadał, nie smucił. - Był moim młodszym kolegą - opowiada biskup pomocniczy archidiecezji warmińskiej Jacek Jezierski. - Zapamiętam go jako człowieka bardzo kontaktowego, uzdolnionego. Znana była jego umiejętność uczenia się języków obcych. Potrafi łatwo dotrzeć do ludzi i nawiązać z nimi kontakt. Na pewno nie był człowiekiem zamkniętym.

Zaangażował się w duszpasterstwo wojskowe. W 1992 roku ukończył tzw. szkołę generalską w Warszawie i poszedł w górę w hierarchii wojskowej, był dziekanem Biura Ochrony Rządu, z czasem stał się prawą ręką poprzedniego biskupa polowego Leszka Sławoja Głódzia. W chwili ogłoszenia nominacji biskupiej był pułkownikiem. Tradycja mówi, że ordynariusz polowy jest generałem. - Ja jednak rozterki jako pułkownik nie przeżywam, mi stopnie wojskowe nie są potrzebne - tłumaczył w "Gazecie".

Mówił, że poszedł do wojska, bo fascynowały go marsze, piosenki wojskowe i musztra. - Studia w seminarium też przypominają służbę wojskową. Mnie ta dyscyplina odpowiada - tłumaczył. Jesienią 2004 roku, gdy został biskupem polowym nie mógł sobie wyobrazić, że będzie musiał zostawić zajęcia na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. I swoich studentów. - To ja go zatrudniałem kilka lat temu na uczelni i było to bardzo duże wzmocnienie dla wydziału prawa i administracji. Pomogło nam zachować wówczas status uniwersytetu - wspomina prof. Ryszard Górecki, senator PO i były rektor UWM. - Mogę powiedzieć, że był moim przyjacielem, regularnie się spotykaliśmy, bywał u mnie w domu, ja gościłem u niego. Zapamiętam go jako normalnego człowieka. Nie było w nim wyniosłości, nie był zarozumiały, nie pokazywał, że ma władzę. Trudno mi się pogodzić z tym, że stał się ofiarą katyńską.

Koledzy z wydziału spotkali się z nim dzień przed katastrofą, na urodzinach i rocznicy święceń jednego z księży. - Rozmawialiśmy o najbliższych planach spotkań naukowych - opowiada prof. Bronisław Sitek, dziekan wydziału prawa olsztyńskiego uniwersytetu. - To był fantastyczny pod każdym względem człowiek. Po prostu poświęcił się ludziom. Zawsze otwarty, nie trzeba było do niego docierać drogą służbową, a studenci zawsze mogli liczyć na jego pomoc.

Do końca myślał o kolejnych przedsięwzięciach. - Ostatnio rozmawialiśmy o zorganizowaniu mszy świętej w Bartoszycach dla księży, którzy jako klerycy przeszli tam przez obowiązkową służbę wojskową - mówi ks. Andrzej Lesiński.

Gdy został ordynariuszem polowym na początku 2005 roku, odprawił biskupią mszę prymicyjną w olsztyńskiej katedrze. Dał do zrozumienia, że o Warmii nigdy nie zapomni. - Przed 23 laty w tej świątyni przyjąłem święcenia kapłańskie, tu rodziło się moje powołanie - mówił podczas mszy. Ale już wiedział, że ma też nowe obowiązki, dlatego pocieszał - w tak charakterystyczny dla siebie sposób narzeczone wojskowych, którzy służyli w Iraku i Afganistanie: "wrócą chłopcy jak należy, niechaj każda w to wierzy".

Kilka tygodni wcześniej prosił w rozmowie dla "Gazety": - Warmio, skoro wydałaś biskupa, to teraz o nim pamiętaj i módl się, by nic się nie wydarzyło, by nie powinęła mu się noga.

I zapraszał do swojej siedziby w Warszawie - na kawę i wojskową grochówkę. Już nikt z tego zaproszenia nie skorzysta.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów