"Ty masz żonę i dziecko, a ja mam swojego prezydenta"
10.04.2010
, aktualizacja: 12.04.2010 12:07
- Zasadniczy, fachowy i zdyscyplinowany, a przy tym wszystkim nie brakowało mu nigdy poczucia humoru - tak Aleksandra Szczygłę wspominają jego współpracownicy z partii.
ZOBACZ TAKŻE
- Cała katedra modliła się za ofiary katastrofy TU 154 (10-04-10, 23:27)
- Jerzy Szmit: To nie były dla mnie anonimowe postacie (10-04-10, 15:07)
- Warmia żegna swoich najlepszych synów (16-04-10, 17:47)
- Ostatnia podróż biskupa i polityka z Warmii (15-04-10, 18:11)
- Jestem Rosjaninem i Polakiem. Czuję podwójny smutek (15-04-10, 18:06)
- Biskup wojskową grochówką już nikogo nie poczęstuje (10-04-10, 15:44)
- Biskup Jacek Jezierski wspomina biskupa polowego (10-04-10, 22:15)
- Olsztyńscy kibice w hołdzie ofiarom katastrofy (10-04-10, 22:11)
- Czekamy na Wasze kondolencje, wspomnienia... (10-04-10, 15:51)
- O godz. 19 w katedrze msza św. w intencji ofiar (10-04-10, 14:41)
- Wydarzenia sportowe i kulturalne są odwoływane (10-04-10, 13:27)
- Jurka nie ma, spotkanie się odbędzie. Oddamy im hołd (10-04-10, 22:54)
- Katastrofa Tu-154. Prezydent Lech Kaczyński nie żyje (10-04-10, 11:54)
- Olsztynianie w szoku po tragedii w Smoleńsku (10-04-10, 12:37)
Aleksander Szczygło urodził się w 1963 r. w podolsztyńskich Jezioranach. Prawnik, od stycznia 2009 r. szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Był jednym z najbliższych współpracowników Lecha Kaczyńskiego. Ale bardziej pasowałoby słowo "podopieczny" lub "uczeń".
Aleksander Szczygło po raz pierwszy zobaczył swojego mistrza, kiedy studiował prawo na Uniwersytecie Gdańskim w latach 80. Lech Kaczyński był wtedy wykładowcą. Osobiście poznał go jesienią 1990 r., kiedy dostał posadę w Komisji Krajowej Solidarności, gdzie wszyscy prawnicy podlegali Kaczyńskiemu jako wiceszefowi związku.
Współpracownicy Szczygły z tamtych czasów wspominają go jako osobę całkowicie niezależną. Na drzwiach swojego pokoju powiesił plakat Tadeusza Mazowieckiego, kandydata na prezydenta. W miejscu, gdzie wszyscy popierali Lecha Wałęsę, był to akt odwagi.
Potem uległ czarowi Lecha Kaczyńskiego. Związał się z nim nierozłącznie - zawdzięczając mu karierę, wykształcenie, a być może nawet samotność. Najpierw został szefem jego biura, kiedy Kaczyński był prezesem NIK. Gdy Kaczyński odchodził z Izby, zadbał o jego losy. Wysłał go na stypendium na amerykański Uniwersytet w Wisconsin. Razem z nim Elżbietę Kruk, późniejszą szefową Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, oraz Sławomira Skrzypka, późniejszego prezesa NBP. To był właśnie pomysł Lecha Kaczyńskiego na stworzenie kadry urzędników.
Po powrocie z USA Szczygło przez kilka pracuje w Głównym Inspektoracie Pracy, Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej, w PKO BP. Kiedy w 2001 r. na scenie politycznej pojawia się Prawo i Sprawiedliwość, staje w pierwszym szeregu kampanii wyborczej. Poręcza dla partii kredyt. W kolejnych wyborach startuje, i to z powodzeniem. Zdobywa mandaty poselskie w 2001, 2005 i 2007 r. Bez problemu jednak rezygnuje z ław poselskich, kiedy prosi go o to prezydent Kaczyński. Zostaje sekretarzem stanu w MON, potem szefem prezydenckiej kancelarii, w końcu szefem MON, a wreszcie - BBN.
Krótko ostrzyżony mężczyzna sprawia wrażenie służbisty, pracuje po kilkanaście godzin. Za to i zwykle niewygładzony język publicznych wypowiedzi nie kocha go Warszawa, jej salony, media. Sam też ich nie lubił. - Nie zamierzam udzielać się na rautach, przyjęciach. Prawdziwe życie, prawdziwi ludzie są na prowincji - mówił. Przyznawał, że ma niewielu przyjaciół. Bez żalu.
Trochę się otwierał, kiedy rozmowa schodziła na lotnictwo. To była jego pasja. Śmiał się, że przez to ominęła go działalność w opozycji. Bo kiedy w sierpniu 1980 wybuchły strajki, on jako 17-latek szlifował swoje umiejętności na kursie pilota szybowcowego. Pozostał tej pasji wierny przez lata. Udało mu się zdobyć licencję pilota samolotów turystycznych. Z dumą nosił w klapie wojskowego orzełka - pamiątkę z okresu, kiedy był szefem MON. Może więc zawód prawnika, polityka nie był jego największym marzeniem?
Aleksander Szczygło był niewątpliwie najbardziej rozpoznawalnym politykiem z Warmii i Mazur. Iwona Arent, posłanka PiS, nie ukrywa, że to właśnie od niego uczyła się, jak zostać dobrym politykiem. Gdy w niedzielę rozmawialiśmy z nią, była roztrzęsiona. Pociągiem wracała z Katynia. - Miał świetnie sprecyzowane poglądy prawicowe i był bardzo zasadniczy: jeśli podjął już jakąś decyzję, to nie zmieniał jej pod byle pretekstem - wspomina. - Ale był też dobrym człowiekiem i kolegą. Nigdy nie odmawiał pomocy.
Ze śmiercią Aleksandra Szczygły nie mogą pogodzić się również pracownicy jego biura poselskiego z lat 2001-2006. - Był moim mentorem, a ja, podobnie jak kilku innych młodych ludzi z jego najbliższego otoczenia, do tej pory nazywam siebie "szczygłowym dzieckiem" - wspomina Paweł Lulewicz. - Na zewnątrz wydawał się człowiekiem bardzo powściągliwym i surowym. Ale my, jego współpracownicy, znaliśmy też jego drugie oblicze - wyrozumiałego szefa z poczuciem humoru.
Lulewicz zapytał kiedyś Szczygłę, dlaczego nie ma żony i dzieci. - Powiedział mi wówczas tak: "ty masz wspaniałą żonę i dziecko, a ja mam swojego prezydenta. Taką drogę wybrałem i będę się jej trzymał do końca. Nie byłbym w stanie pogodzić jej z życiem rodzinnym" - opowiada. - To był wielki patriota i urzędnik z krwi i kości, który całe swoje życie poświęcił dla pracy na rzecz naszego państwa.
Lulewicz w ciągu kilku lat pracy w biurze poselskim nawiązał ze Szczygłą stosunki koleżeńskie. Byli ze sobą na ty i mimo tego, że przed kilkoma laty wyjechał do Warszawy, cały czas utrzymywali ze sobą kontakt. - Dzwoniliśmy do siebie, pisaliśmy SMS-y, ale już zdecydowanie rzadziej spotykaliśmy się - wspomina. - Wiedziałem, że stawia przede wszystkim na ludzi młodych, bo niejeden raz mówił mi, że tylko z nimi można zmienić świat na lepszy. To on nauczył mnie pisać interpelacje, to od niego dowiedziałem się, jak sprawnie wypowiadać się publicznie. Tym bardziej boleśnie odczuwam teraz jego śmierć.
Lulewicz podziwiał też Aleksandra Szczygłę za to, że przy ogromie pracy miał jeszcze czas na sport. - Dużo biegał i jeździł na rowerze, często po kilkadziesiąt kilometrów dziennie - mówi.
Sławomir Moćkun: - Aleksander Szczygło był pryncypialny, nie lubił kłótni, a jako szef wymagał bardzo dużo, bo tak go nauczył Lech Kaczyński - mówi. - Mieszkając i pracując w Warszawie, całkowicie poświęcił się pracy dla państwa. Ale nie zapominał przy tym nigdy o swoich rodzinnych stronach. Nieraz wspominał o tym, że jak zakończy karierę polityczną, to wróci do warmińskiej wioski i zamieszka w domu swoich sióstr, gdzie, z tego co wiem, wyremontował już sobie dwa pokoiki.
Aleksander Szczygło po raz pierwszy zobaczył swojego mistrza, kiedy studiował prawo na Uniwersytecie Gdańskim w latach 80. Lech Kaczyński był wtedy wykładowcą. Osobiście poznał go jesienią 1990 r., kiedy dostał posadę w Komisji Krajowej Solidarności, gdzie wszyscy prawnicy podlegali Kaczyńskiemu jako wiceszefowi związku.
Współpracownicy Szczygły z tamtych czasów wspominają go jako osobę całkowicie niezależną. Na drzwiach swojego pokoju powiesił plakat Tadeusza Mazowieckiego, kandydata na prezydenta. W miejscu, gdzie wszyscy popierali Lecha Wałęsę, był to akt odwagi.
Potem uległ czarowi Lecha Kaczyńskiego. Związał się z nim nierozłącznie - zawdzięczając mu karierę, wykształcenie, a być może nawet samotność. Najpierw został szefem jego biura, kiedy Kaczyński był prezesem NIK. Gdy Kaczyński odchodził z Izby, zadbał o jego losy. Wysłał go na stypendium na amerykański Uniwersytet w Wisconsin. Razem z nim Elżbietę Kruk, późniejszą szefową Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, oraz Sławomira Skrzypka, późniejszego prezesa NBP. To był właśnie pomysł Lecha Kaczyńskiego na stworzenie kadry urzędników.
Po powrocie z USA Szczygło przez kilka pracuje w Głównym Inspektoracie Pracy, Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej, w PKO BP. Kiedy w 2001 r. na scenie politycznej pojawia się Prawo i Sprawiedliwość, staje w pierwszym szeregu kampanii wyborczej. Poręcza dla partii kredyt. W kolejnych wyborach startuje, i to z powodzeniem. Zdobywa mandaty poselskie w 2001, 2005 i 2007 r. Bez problemu jednak rezygnuje z ław poselskich, kiedy prosi go o to prezydent Kaczyński. Zostaje sekretarzem stanu w MON, potem szefem prezydenckiej kancelarii, w końcu szefem MON, a wreszcie - BBN.
Krótko ostrzyżony mężczyzna sprawia wrażenie służbisty, pracuje po kilkanaście godzin. Za to i zwykle niewygładzony język publicznych wypowiedzi nie kocha go Warszawa, jej salony, media. Sam też ich nie lubił. - Nie zamierzam udzielać się na rautach, przyjęciach. Prawdziwe życie, prawdziwi ludzie są na prowincji - mówił. Przyznawał, że ma niewielu przyjaciół. Bez żalu.
Trochę się otwierał, kiedy rozmowa schodziła na lotnictwo. To była jego pasja. Śmiał się, że przez to ominęła go działalność w opozycji. Bo kiedy w sierpniu 1980 wybuchły strajki, on jako 17-latek szlifował swoje umiejętności na kursie pilota szybowcowego. Pozostał tej pasji wierny przez lata. Udało mu się zdobyć licencję pilota samolotów turystycznych. Z dumą nosił w klapie wojskowego orzełka - pamiątkę z okresu, kiedy był szefem MON. Może więc zawód prawnika, polityka nie był jego największym marzeniem?
Aleksander Szczygło był niewątpliwie najbardziej rozpoznawalnym politykiem z Warmii i Mazur. Iwona Arent, posłanka PiS, nie ukrywa, że to właśnie od niego uczyła się, jak zostać dobrym politykiem. Gdy w niedzielę rozmawialiśmy z nią, była roztrzęsiona. Pociągiem wracała z Katynia. - Miał świetnie sprecyzowane poglądy prawicowe i był bardzo zasadniczy: jeśli podjął już jakąś decyzję, to nie zmieniał jej pod byle pretekstem - wspomina. - Ale był też dobrym człowiekiem i kolegą. Nigdy nie odmawiał pomocy.
Ze śmiercią Aleksandra Szczygły nie mogą pogodzić się również pracownicy jego biura poselskiego z lat 2001-2006. - Był moim mentorem, a ja, podobnie jak kilku innych młodych ludzi z jego najbliższego otoczenia, do tej pory nazywam siebie "szczygłowym dzieckiem" - wspomina Paweł Lulewicz. - Na zewnątrz wydawał się człowiekiem bardzo powściągliwym i surowym. Ale my, jego współpracownicy, znaliśmy też jego drugie oblicze - wyrozumiałego szefa z poczuciem humoru.
Lulewicz zapytał kiedyś Szczygłę, dlaczego nie ma żony i dzieci. - Powiedział mi wówczas tak: "ty masz wspaniałą żonę i dziecko, a ja mam swojego prezydenta. Taką drogę wybrałem i będę się jej trzymał do końca. Nie byłbym w stanie pogodzić jej z życiem rodzinnym" - opowiada. - To był wielki patriota i urzędnik z krwi i kości, który całe swoje życie poświęcił dla pracy na rzecz naszego państwa.
Lulewicz w ciągu kilku lat pracy w biurze poselskim nawiązał ze Szczygłą stosunki koleżeńskie. Byli ze sobą na ty i mimo tego, że przed kilkoma laty wyjechał do Warszawy, cały czas utrzymywali ze sobą kontakt. - Dzwoniliśmy do siebie, pisaliśmy SMS-y, ale już zdecydowanie rzadziej spotykaliśmy się - wspomina. - Wiedziałem, że stawia przede wszystkim na ludzi młodych, bo niejeden raz mówił mi, że tylko z nimi można zmienić świat na lepszy. To on nauczył mnie pisać interpelacje, to od niego dowiedziałem się, jak sprawnie wypowiadać się publicznie. Tym bardziej boleśnie odczuwam teraz jego śmierć.
Lulewicz podziwiał też Aleksandra Szczygłę za to, że przy ogromie pracy miał jeszcze czas na sport. - Dużo biegał i jeździł na rowerze, często po kilkadziesiąt kilometrów dziennie - mówi.
Sławomir Moćkun: - Aleksander Szczygło był pryncypialny, nie lubił kłótni, a jako szef wymagał bardzo dużo, bo tak go nauczył Lech Kaczyński - mówi. - Mieszkając i pracując w Warszawie, całkowicie poświęcił się pracy dla państwa. Ale nie zapominał przy tym nigdy o swoich rodzinnych stronach. Nieraz wspominał o tym, że jak zakończy karierę polityczną, to wróci do warmińskiej wioski i zamieszka w domu swoich sióstr, gdzie, z tego co wiem, wyremontował już sobie dwa pokoiki.
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
80 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć
