Wdzięczni pacjenci bronią skazanej lekarki
2010-01-17
, aktualizacja: 17.01.2010 19:07
Nie oskarżajcie doktor Agnieszki Jagiełło-Gruszfeld, która walcząc z naszą śmiertelną chorobą, musi toczyć bój z biurokracją. Wstyd mi za dyrekcję szpitala, która wytoczyła jej proces - piszą do "Gazety" pacjenci byłej ordynator z polikliniki MSWiA
ZOBACZ TAKŻE
- Podwójne zawodowe życie inspektora z polikliniki (14-03-10, 19:03)
- Lekarzu, leczyłeś za drogo? Zapłać z własnej kieszeni (30-12-09, 20:01)
- Pacjenci listy piszą, czyli spór o ordynatora (18-04-08, 00:00)
Listy powstały, bo jak tłumaczą ich autorki, losy lekarki nie są obojętne im i wielu innym pacjentom. - Chciałybyśmy, aby nasze wypowiedzi zmusiły do refleksji i przemyśleń dyrekcję polikliniki MSWiA w Olsztynie - mówi jedna z autorek listu.
Wyrok na lekarkę
Przypomnijmy. Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld od 2002 roku była ordynatorem chemioterapii w poliklinice. Często w terapii pacjentów korzystała z niestandardowej chemioterapii, czyli specyfików, których NFZ nie refunduje. Lekarz, który chce ich użyć, może wystąpić z wnioskiem do NFZ o zapłatę, ale bez gwarancji, że fundusz zwróci za leczenie - jeśli NFZ odmówi, koszt leczenia musi pokryć szpital. Wiosną 2009 roku poliklinika wytoczyła lekarce sprawę. Domagała się, by zapłaciła 90 tys. zł za niestandardowe lekarstwa 10 pacjentów. Jagiełło-Gruszfeld nie wysłała do NFZ wniosków o refundację ich leczenia. Sąd tuż przed sylwestrem skazał lekarkę, ale zamiast 90 tys. zł ma zapłacić ok. 9 tys. zł. Janusz Chełchowski, dyrektor polikliniki komentował: - Lekarz ma traktować oddział tak, jak swój własny biznes i równie mocno o niego dbać. To nie atak na lekarzy. Muszę dbać o swoją placówkę.
Była ordynator - Jagiełło-Gruszfeld odeszła z polikliniki w 2008 roku - broniła się tłumacząc, że podobnych wniosków przygotowywała dotychczas setki i nigdy nie było problemów. W dodatku nad ich przesyłaniem do NFZ czuwa w poliklinice pięć osób. Nikt inny nie został jednak pociągnięty do odpowiedzialności. Przypuszczała, że problemy biurokratyczne zaczęły się, bo wybuchł jej konflikt z dyrektorem szpitala.
Hipokrates się kłania
Po przeczytaniu [w sylwestra] artykułu "Lekarka zapłaci za leczenie pacjentów" w "Gazecie Wyborczej" nasunęły mi się słowa piosenki Czesława Niemena "Dziwny jest ten świat". Dziwny jest ten świat, a czasami nawet niezrozumiały. Zadaję sobie pytanie: jak to jest możliwe, że lekarka - która ratuje życie wielu ludziom - jest pociągana do odpowiedzialności za podanie leków chorym bez wcześniejszego wystąpienia i otrzymania zgody Narodowego Funduszu Zdrowia na ich stosowanie. Piszę o tym, bo jestem pacjentką dr Agnieszki Jagiełło-Gruszfeld od kwietnia 2009 r., pacjentką z przerzutami do płuc i kości po trzech latach od operacji. Obecnie przyjmuję już kolejną - trzeci rodzaj - chemię. I wiem, że o każdą pani Gruszfeld występowała do NFZ. Jak się czujemy my chore, czekając na zgodę NFZ, trudno jest opisać. Przez swoją chorobę jesteśmy bardzo pokorne i w pełni zdane na lekarza. Ale jak musi się czuć lekarka, która chce jak najszybciej nam pomóc, która wie jak bardzo ważny jest czas, a wstrzymują ją przepisy? Ale nawet w takiej sytuacji dr Gruszfeld zawsze znajduje dla nas słowa pocieszenia. Gorzej jest wytłumaczyć naszym bliskim, dlaczego musimy czekać, dlaczego wymagane są od lekarza takie procedury i dlaczego to NFZ, a nie lekarz decyduje, jaki rodzaj chemii będzie najbardziej skuteczny do zwalczenia nowotworu. Nie krzywdźmy lekarzy, którzy oprócz profesjonalizmu okazują serce. Nie sądźmy i nie oskarżajmy lekarki, która walcząc ze śmiertelną chorobą, musi jednocześnie toczyć bój z biurokracją. Wstyd mi za dyrekcję polikliniki, która wytoczyła proces pani Agnieszce Jagiełło-Gruszfeld. Nie wspomnę już o dyrektorze, który mówił w artykule, że "lekarz ma traktować oddział szpitala jak swój biznes". Zupełnie zapomniał chyba o przysiędze Hipokratesa.
Danuta Kniaź
Nie leczyła siebie
Jestem pacjentką pani doktor Agnieszki Jagiełło-Gruszfeld. Przyjeżdżam do niej z Wrocławia co trzy tygodnie. Z chorobą walczę od pięciu lat. Pani doktor to wspaniały człowiek i lekarz. Jak można oskarżać ją za niestandardowe leczenie chorych na nowotwory? Czemu nikt nie spojrzy na to z drugiej strony i nie pochwali za to, że leczyła ludzi i pomagała im w ten sposób? Że robiła to z sercem? Ciekawe, czy gdyby któryś z oskarżycieli znalazł się w takiej sytuacji, jak my chorzy, też odmówiłby sobie leczenia lepszym cytostatykiem? Daję sobie głowę obciąć, że nie. Jak można być tak nieludzkim? Pięć lat temu nie dostałam pełnego leczenia, bo limity się skończyły. Gdybym wtedy była leczona niestandardowo tak jak inne moje koleżanki amazonki, leczące się w tym samym czasie w innych centrach onkologii, pewnie dziś nie miałabym nawrotu. Niestety w naszym kraju ważniejsze są formalności papierkowe niż pacjent. Dr Gruszfeld leczyła ludzi, nie brała tych leków dla siebie i nie kąpała się w tych kroplówkach, lecz podawała je ludziom chorym na nowotwory. Zawsze jest pomocna, zawsze można zadzwonić o każdej porze dnia i nocy (wielu lekarzy ma wyłączone telefony po pracy albo po prostu ich nie odbiera). Nie można lekarzowi, który leczy setki pacjentów bardzo poważnie chorych, zaprzątać głowy oskarżaniem za leczenie. Taki człowiek powinien mieć spokój, żeby móc się skupić na każdym poważnie chorym, który tylko w nią wierzy.
Iwona Zawisza
Oskarżenia to skandal
Choruję na nowotwór złośliwy od sześciu lat. Początkowo leczyłam się w Wojewódzkim Centrum Onkologii w Gdańsku. W roku 2006 wystąpiły u mnie przerzuty na organy wewnętrzne, głównie na wątrobę i kości. Wówczas umówiłam się na wizytę w poliklinice MSWiA w Olsztynie u pani Agnieszki Jagiełło-Gruszfeld. W czasie rozmowy zrobiła na mnie wyjątkowe wrażenie. Była niezwykle życzliwa i wyrozumiała w tak ciężkim dla mnie okresie. Natychmiast zleciła mi wykonanie szeregu badań. Okazało się, że mogę być leczona nowym lekiem o nazwie lapatinib. Lek ten nie był dostępny w innych szpitalach. Przyjmowałam go w poliklinice przez wiele miesięcy. Mój stan zdrowia poprawił się. Leczyłam się u pani doktor do końca jej pracy w Olsztynie. Jej pacjentami byli mieszkańcy wielu miast znacznie oddalonych od Olsztyna: z Łodzi, Krakowa, Warszawy, ze Śląska...
Nie wiem, czy i kiedy pani doktor złamała prawo, lecząc mnie i podając mi leki, które uważała za najwłaściwsze dla mojego wyzdrowienia. Wiem natomiast, że dzięki tym lekom i wizytom u niej mój stan zdrowia się poprawił, choć być może już nigdy nie będę w pełni zdrowa. Znam wielu pacjentów pani dr Gruszfeld, którzy myślą tak samo jak ja. W tak trudnym dla nas czasie choroby, cierpienia i często beznadziejności pani doktor zawsze znajduje dla nas czas na ciepłą rozmowę i dodanie nam otuchy. Być może przez to zdarzyło się jej zapomnieć o formalnościach związanych z załatwieniem odpowiednich zezwoleń ze strony NFZ. Mogę śmiało powiedzieć, że w czasie mojej choroby nigdzie, gdzie się leczyłam, nie spotkałam takiego lekarza jak pani Gruszfeld. Jestem przekonana, że tylko dzięki niej dziś mogę żyć i pisać ten list.
A oskarżenia ze strony polikliniki w Olsztynie pod adresem pani dr Gruszfeld uważam za skandaliczne i niedopuszczalne. Czy pierwszym i najważniejszym obowiązkiem lekarza nie jest ratowanie życia ludzi za wszelką cenę? Kiedy lekarz popełnia prawdziwy błąd: nie podając pacjentom na czas właściwych lekarstw, czy nie wypełniając formularzy? Czy kierownictwo polikliniki, oskarżając panią doktor, kieruje się dobrem pacjenta? Dlaczego w poliklinice w Olsztynie kryterium oceny pracy lekarza nie są jego rezultaty w leczeniu, lecz drobiazgowe rozliczanie się z prac biurowych? Dla mnie, osoby chorej, walczącej o życie, odpowiedź na te pytania jest jasna i oczywista.
Jeśli wyrok sądu zostanie utrzymany w mocy, będzie to oznaczać, że w kraju, w którym żyjemy, zdrowie i życie ludzi nie jest najważniejsze. Będzie to tym bardziej smutne i przerażające, że dotyczy to służby zdrowia, czyli instytucji powołanej do ratowania zdrowia i życia.
Lubomira Pietnoczko
Lekarz winny. A urzędnicy?
Pragnę wyrazić swoje zdziwienie i oburzenie z powodu wyroku na panią doktor Jagiełło-Gruszfeld za to, że nie sporządziła na czas wniosków na chemioterapię niestandardową dla kilku pacjentów. To bardzo dziwne, że za tego typu niedopatrzenie odpowiada tylko lekarz, a nie urzędnicy. Dziwi fakt, że za brak nadzoru nie odpowiedział dyrektor szpitala w Olsztynie.
We wrześniu zostałam pacjentką pani Gruszfeld. Trafiłam do niej, gdy okazało się, że na pomoc w innym ośrodku będę musiała długo czekać. Poprzednio leczyłam się przez trzy lata w innym mieście. Mam więc porównanie w podejściu i zaangażowaniu różnych lekarzy. To dziwne, że takiego człowieka zarówno dyrekcja szpitala, jak i sąd obarcza odpowiedzialnością za biurokratyczne niedociągnięcia.
Krystyna Malarowicz
Wyrok na lekarkę
Przypomnijmy. Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld od 2002 roku była ordynatorem chemioterapii w poliklinice. Często w terapii pacjentów korzystała z niestandardowej chemioterapii, czyli specyfików, których NFZ nie refunduje. Lekarz, który chce ich użyć, może wystąpić z wnioskiem do NFZ o zapłatę, ale bez gwarancji, że fundusz zwróci za leczenie - jeśli NFZ odmówi, koszt leczenia musi pokryć szpital. Wiosną 2009 roku poliklinika wytoczyła lekarce sprawę. Domagała się, by zapłaciła 90 tys. zł za niestandardowe lekarstwa 10 pacjentów. Jagiełło-Gruszfeld nie wysłała do NFZ wniosków o refundację ich leczenia. Sąd tuż przed sylwestrem skazał lekarkę, ale zamiast 90 tys. zł ma zapłacić ok. 9 tys. zł. Janusz Chełchowski, dyrektor polikliniki komentował: - Lekarz ma traktować oddział tak, jak swój własny biznes i równie mocno o niego dbać. To nie atak na lekarzy. Muszę dbać o swoją placówkę.
Była ordynator - Jagiełło-Gruszfeld odeszła z polikliniki w 2008 roku - broniła się tłumacząc, że podobnych wniosków przygotowywała dotychczas setki i nigdy nie było problemów. W dodatku nad ich przesyłaniem do NFZ czuwa w poliklinice pięć osób. Nikt inny nie został jednak pociągnięty do odpowiedzialności. Przypuszczała, że problemy biurokratyczne zaczęły się, bo wybuchł jej konflikt z dyrektorem szpitala.
Hipokrates się kłania
Po przeczytaniu [w sylwestra] artykułu "Lekarka zapłaci za leczenie pacjentów" w "Gazecie Wyborczej" nasunęły mi się słowa piosenki Czesława Niemena "Dziwny jest ten świat". Dziwny jest ten świat, a czasami nawet niezrozumiały. Zadaję sobie pytanie: jak to jest możliwe, że lekarka - która ratuje życie wielu ludziom - jest pociągana do odpowiedzialności za podanie leków chorym bez wcześniejszego wystąpienia i otrzymania zgody Narodowego Funduszu Zdrowia na ich stosowanie. Piszę o tym, bo jestem pacjentką dr Agnieszki Jagiełło-Gruszfeld od kwietnia 2009 r., pacjentką z przerzutami do płuc i kości po trzech latach od operacji. Obecnie przyjmuję już kolejną - trzeci rodzaj - chemię. I wiem, że o każdą pani Gruszfeld występowała do NFZ. Jak się czujemy my chore, czekając na zgodę NFZ, trudno jest opisać. Przez swoją chorobę jesteśmy bardzo pokorne i w pełni zdane na lekarza. Ale jak musi się czuć lekarka, która chce jak najszybciej nam pomóc, która wie jak bardzo ważny jest czas, a wstrzymują ją przepisy? Ale nawet w takiej sytuacji dr Gruszfeld zawsze znajduje dla nas słowa pocieszenia. Gorzej jest wytłumaczyć naszym bliskim, dlaczego musimy czekać, dlaczego wymagane są od lekarza takie procedury i dlaczego to NFZ, a nie lekarz decyduje, jaki rodzaj chemii będzie najbardziej skuteczny do zwalczenia nowotworu. Nie krzywdźmy lekarzy, którzy oprócz profesjonalizmu okazują serce. Nie sądźmy i nie oskarżajmy lekarki, która walcząc ze śmiertelną chorobą, musi jednocześnie toczyć bój z biurokracją. Wstyd mi za dyrekcję polikliniki, która wytoczyła proces pani Agnieszce Jagiełło-Gruszfeld. Nie wspomnę już o dyrektorze, który mówił w artykule, że "lekarz ma traktować oddział szpitala jak swój biznes". Zupełnie zapomniał chyba o przysiędze Hipokratesa.
Danuta Kniaź
Nie leczyła siebie
Jestem pacjentką pani doktor Agnieszki Jagiełło-Gruszfeld. Przyjeżdżam do niej z Wrocławia co trzy tygodnie. Z chorobą walczę od pięciu lat. Pani doktor to wspaniały człowiek i lekarz. Jak można oskarżać ją za niestandardowe leczenie chorych na nowotwory? Czemu nikt nie spojrzy na to z drugiej strony i nie pochwali za to, że leczyła ludzi i pomagała im w ten sposób? Że robiła to z sercem? Ciekawe, czy gdyby któryś z oskarżycieli znalazł się w takiej sytuacji, jak my chorzy, też odmówiłby sobie leczenia lepszym cytostatykiem? Daję sobie głowę obciąć, że nie. Jak można być tak nieludzkim? Pięć lat temu nie dostałam pełnego leczenia, bo limity się skończyły. Gdybym wtedy była leczona niestandardowo tak jak inne moje koleżanki amazonki, leczące się w tym samym czasie w innych centrach onkologii, pewnie dziś nie miałabym nawrotu. Niestety w naszym kraju ważniejsze są formalności papierkowe niż pacjent. Dr Gruszfeld leczyła ludzi, nie brała tych leków dla siebie i nie kąpała się w tych kroplówkach, lecz podawała je ludziom chorym na nowotwory. Zawsze jest pomocna, zawsze można zadzwonić o każdej porze dnia i nocy (wielu lekarzy ma wyłączone telefony po pracy albo po prostu ich nie odbiera). Nie można lekarzowi, który leczy setki pacjentów bardzo poważnie chorych, zaprzątać głowy oskarżaniem za leczenie. Taki człowiek powinien mieć spokój, żeby móc się skupić na każdym poważnie chorym, który tylko w nią wierzy.
Iwona Zawisza
Oskarżenia to skandal
Choruję na nowotwór złośliwy od sześciu lat. Początkowo leczyłam się w Wojewódzkim Centrum Onkologii w Gdańsku. W roku 2006 wystąpiły u mnie przerzuty na organy wewnętrzne, głównie na wątrobę i kości. Wówczas umówiłam się na wizytę w poliklinice MSWiA w Olsztynie u pani Agnieszki Jagiełło-Gruszfeld. W czasie rozmowy zrobiła na mnie wyjątkowe wrażenie. Była niezwykle życzliwa i wyrozumiała w tak ciężkim dla mnie okresie. Natychmiast zleciła mi wykonanie szeregu badań. Okazało się, że mogę być leczona nowym lekiem o nazwie lapatinib. Lek ten nie był dostępny w innych szpitalach. Przyjmowałam go w poliklinice przez wiele miesięcy. Mój stan zdrowia poprawił się. Leczyłam się u pani doktor do końca jej pracy w Olsztynie. Jej pacjentami byli mieszkańcy wielu miast znacznie oddalonych od Olsztyna: z Łodzi, Krakowa, Warszawy, ze Śląska...
Nie wiem, czy i kiedy pani doktor złamała prawo, lecząc mnie i podając mi leki, które uważała za najwłaściwsze dla mojego wyzdrowienia. Wiem natomiast, że dzięki tym lekom i wizytom u niej mój stan zdrowia się poprawił, choć być może już nigdy nie będę w pełni zdrowa. Znam wielu pacjentów pani dr Gruszfeld, którzy myślą tak samo jak ja. W tak trudnym dla nas czasie choroby, cierpienia i często beznadziejności pani doktor zawsze znajduje dla nas czas na ciepłą rozmowę i dodanie nam otuchy. Być może przez to zdarzyło się jej zapomnieć o formalnościach związanych z załatwieniem odpowiednich zezwoleń ze strony NFZ. Mogę śmiało powiedzieć, że w czasie mojej choroby nigdzie, gdzie się leczyłam, nie spotkałam takiego lekarza jak pani Gruszfeld. Jestem przekonana, że tylko dzięki niej dziś mogę żyć i pisać ten list.
A oskarżenia ze strony polikliniki w Olsztynie pod adresem pani dr Gruszfeld uważam za skandaliczne i niedopuszczalne. Czy pierwszym i najważniejszym obowiązkiem lekarza nie jest ratowanie życia ludzi za wszelką cenę? Kiedy lekarz popełnia prawdziwy błąd: nie podając pacjentom na czas właściwych lekarstw, czy nie wypełniając formularzy? Czy kierownictwo polikliniki, oskarżając panią doktor, kieruje się dobrem pacjenta? Dlaczego w poliklinice w Olsztynie kryterium oceny pracy lekarza nie są jego rezultaty w leczeniu, lecz drobiazgowe rozliczanie się z prac biurowych? Dla mnie, osoby chorej, walczącej o życie, odpowiedź na te pytania jest jasna i oczywista.
Jeśli wyrok sądu zostanie utrzymany w mocy, będzie to oznaczać, że w kraju, w którym żyjemy, zdrowie i życie ludzi nie jest najważniejsze. Będzie to tym bardziej smutne i przerażające, że dotyczy to służby zdrowia, czyli instytucji powołanej do ratowania zdrowia i życia.
Lubomira Pietnoczko
Lekarz winny. A urzędnicy?
Pragnę wyrazić swoje zdziwienie i oburzenie z powodu wyroku na panią doktor Jagiełło-Gruszfeld za to, że nie sporządziła na czas wniosków na chemioterapię niestandardową dla kilku pacjentów. To bardzo dziwne, że za tego typu niedopatrzenie odpowiada tylko lekarz, a nie urzędnicy. Dziwi fakt, że za brak nadzoru nie odpowiedział dyrektor szpitala w Olsztynie.
We wrześniu zostałam pacjentką pani Gruszfeld. Trafiłam do niej, gdy okazało się, że na pomoc w innym ośrodku będę musiała długo czekać. Poprzednio leczyłam się przez trzy lata w innym mieście. Mam więc porównanie w podejściu i zaangażowaniu różnych lekarzy. To dziwne, że takiego człowieka zarówno dyrekcja szpitala, jak i sąd obarcza odpowiedzialnością za biurokratyczne niedociągnięcia.
Krystyna Malarowicz
- 23 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
9 głosów
-
Re: Wdzięczni pacjenci bronią skazanej lekarki
kacprzycki
17.01.10, 20:37
wysłałem w tej sprawie informacje do centrali - nie może być zgody na to, że zprzyczyn biurokratycznych i finansowych oszczędza się na życiu pacjentów. Jeślijest w tej sprawie II dno - czyli»
-
Re: Wdzięczni pacjenci bronią skazanej lekarki
oberpolicmajster
18.01.10, 06:04
Ja mam tylko jedno pytanie: czy autor tego tekstu przeczytał poprzednie tekstyGW na ten temat? Bo ja tak.»
-
Wdzięczni pacjenci bronią skazanej lekarki
ryszardj2
18.01.10, 15:45
Ja mam pytanie - dlaczego jakiestam wnioski ma przygotowywac i wysylac lekarz,a nie jakis wyspecjalizowany urzednik (za dozo mniejsze pieniadze) ??? Niechten dyrektorek pamieta ze podmiotem»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Kolejne cztery osoby zginęły jednym w wypadku
- Kierowca opla, w którym zginęły 4 osoby ...
- Prezydent tłumaczy się w sprawie lotniska
- Cztery osoby ranne w groźnym wypadku na ...
- Kortowiada: Czy to dobry znak firmowy ...
- Jakie tramwaje dla Olsztyna? Nadal nie wiemy
- Kortowiada. Jak studenci bawili się przez ...




