Nie taki park straszny, dowodzą w Borach Tucholskich
23.10.2009
, aktualizacja: 23.10.2009 19:05
Dziś uważam, że istnienie parku narodowego nie powoduje żadnego obciążenia dla mieszkańców - przyznaje Edward Meyer z gm. Chojnice, który protestował przeciwko utworzeniu parku w Borach TucholskichMarta Bełza
ZOBACZ TAKŻE
- Myśliwi i leśnicy stracą na powstaniu Mazurskiego Parku (29-01-10, 18:24)
- Ministerstwo się nie śpieszy. Mazury długo bez parku (22-01-10, 21:21)
- Przekonywać, do powstaniu parku narodowego, nie narzucać (20-11-09, 18:26)
- Dyskusja o Parku Narodowym - hipokryzja z ochroną Mazur (06-11-09, 18:36)
- Co park narodowy może nam dać, a co jednak zabiera (16-10-09, 19:51)
- Olga Lipińska: Ratujmy Mazury przed najazdem (09-10-09, 20:34)
ROZMOWA O PARKU
Marta Bełza: Pomysł utworzenia parku narodowego w Borach Tucholskich - powołanego ostatecznie w 1996 roku - wywołał sprzeciw mieszkańców. Pan również nie chciał parku. Dlaczego?
Edward Meyer: - Pierwsze zapisy dotyczące utworzenia parku były dla nas, okolicznej ludności, nie do przyjęcia, bo wprowadzały zbyt wiele ograniczeń. Początkowo zakładano, że obszar chroniony zajmie 7 tys. ha i obejmie swoim zasięgiem kilka gmin. Samorządy lokalne sprzeciwiły się temu. Ostatecznie park objął jedynie gminę Chojnice, ma ok. 4 tys. ha, a na jego terenie są wyłącznie obszary leśne i jeziora. Miały też być inne ograniczenia. Najpierw w projekcie zapisano zakaz zbioru runa leśnego. Tymczasem duża część mieszkających tu ludzi utrzymuje się ze zbierania owoców leśnych. Nie mają innego zajęcia. Nasze ustalenia w sprawie utworzenia parku narodowego trwały jakieś dwa-trzy lata. Były spotkania, konsultacje, rozmowy, negocjacje. W końcu strona rządowa wycofała się z niektórych zapisów i spory ucichły. Dziś uważam, że istnienie parku narodowego nie powoduje żadnego obciążenia dla okolicznej ludności. Odkąd został utworzony, nie było większych napięć.
Jak dziś układa się współpraca mieszkańców, władz samorządowych i kierownictwa parku?
- Żyjemy w symbiozie. Park narodowy to po prostu dodatkowa instytucja, organ opiniujący i wydający decyzje administracyjne. Może pewne sprawy blokować, na przykład jeżeli chodzi o plany zagospodarowania przestrzennego, przejazdy przez teren parku, czy rozwiązania inwestycyjne w otulinie parku. Jednak te kwestie można rozwiązywać w czasie rozmów między kierownictwem parku, samorządem lokalnym i ludźmi. Pewne sprawy trwają teraz dłużej, ale i tak są do załatwienia. Dyrektor parku nie robi przeszkód, które mogłyby zahamować rozwój gminy.
A co z ludźmi, którzy obawiali się, że nie będą mogli zbierać grzybów czy jagód? Stracili źródło utrzymania?
- Nie, park nie robi przeszkód, mogą wchodzić na jego teren. Podobnie jak wędkarze, którzy co prawda muszą mieć zezwolenie, ale zakazu łowienia nie ma.
Kto najbardziej skorzystał na utworzeniu parku narodowego: rolnicy, osoby prowadzące turystykę?
- Rolnicy nie skorzystali, ale też nie stracili. Rozwinęła się turystyka. Sama nazwa "park narodowy" przyciąga turystów. Założenie Parku Narodowego Bory Tucholskie wyzwoliło inicjatywę u ludzi. Potrzeba wymusiła utworzenie większej liczby kwater w otulinie parku. Ja jeszcze przed utworzeniem parku zajmowałem się agroturystyką. Gdy powstał park, otworzyłem również restaurację. Dlatego park narodowy na pewno ma wpływ na rozwój regionu. Czy ludzie z tego skorzystają, zależy tylko od mieszkańców i od tego, czy chcą aktywnie działać.
Czy gmina skorzystała na utworzeniu parku?
- Otrzymaliśmy naprawdę duże wsparcie z funduszy ochrony środowiska. Już przed wejściem do Unii Europejskiej dzięki stworzeniu obszaru chronionego mieliśmy znacznie większy dostęp do środków unijnych, np. na rozwój gospodarki wodno-ściekowej, kanalizacji, modernizację oczyszczalni ścieków. Dzięki temu przyroda jest teraz znacznie bardziej chroniona niż wcześniej. To dobrze, bo musimy zachować coś z tej pierwotnej przyrody dla potomnych, a gdyby nie było parku narodowego, mogłaby powstać tu na przykład jakaś huta szkła, która by truła środowisko. Jest też jeden minus: na pewno mniejsze są wpływy z podatków do gminy.
Jak przekonywać ludzi, że wyznaczenie obszaru ściśle chronionego to nie koniec świata?
- Jeżeli projekt rozporządzenia dotyczącego utworzenia parku narodowego zostanie dobrze przygotowany, reszta zależy od ludzi i kierownictwa parku. Pierwsi muszą zrozumieć potrzebę ochrony przyrody, ale park też nie powinien blokować pewnych rzeczy. Jak pojawia się nowy pomysł, zawsze rodzą się obawy, bo ludzie są nieufni. Trzeba z nimi cierpliwie rozmawiać, uwzględniać ich zdanie. Nie można wprost zadzierać z lokalną ludnością. Opór rodzi opór. Teraz jest najlepszy czas, żeby przemyśleć wszystkie plusy i minusy utworzenia Mazurskiego Parku Narodowego. Jeśli nie będzie tych rozmów, potem może się okazać, że jest za późno i dojdzie do jakichś poważnych napięć czy konfliktów społecznych. Nie można też ślepo słuchać ludzi, którzy krzyczą "nie, bo nie" i nie potrafią tego argumentować. Po tych 13 latach, kiedy my w Borach Tucholskich rozmawialiśmy o utworzeniu parku, mogę powiedzieć jedno: nie taki diabeł straszny jak go malują.
Marta Bełza: Pomysł utworzenia parku narodowego w Borach Tucholskich - powołanego ostatecznie w 1996 roku - wywołał sprzeciw mieszkańców. Pan również nie chciał parku. Dlaczego?
Edward Meyer: - Pierwsze zapisy dotyczące utworzenia parku były dla nas, okolicznej ludności, nie do przyjęcia, bo wprowadzały zbyt wiele ograniczeń. Początkowo zakładano, że obszar chroniony zajmie 7 tys. ha i obejmie swoim zasięgiem kilka gmin. Samorządy lokalne sprzeciwiły się temu. Ostatecznie park objął jedynie gminę Chojnice, ma ok. 4 tys. ha, a na jego terenie są wyłącznie obszary leśne i jeziora. Miały też być inne ograniczenia. Najpierw w projekcie zapisano zakaz zbioru runa leśnego. Tymczasem duża część mieszkających tu ludzi utrzymuje się ze zbierania owoców leśnych. Nie mają innego zajęcia. Nasze ustalenia w sprawie utworzenia parku narodowego trwały jakieś dwa-trzy lata. Były spotkania, konsultacje, rozmowy, negocjacje. W końcu strona rządowa wycofała się z niektórych zapisów i spory ucichły. Dziś uważam, że istnienie parku narodowego nie powoduje żadnego obciążenia dla okolicznej ludności. Odkąd został utworzony, nie było większych napięć.
Jak dziś układa się współpraca mieszkańców, władz samorządowych i kierownictwa parku?
- Żyjemy w symbiozie. Park narodowy to po prostu dodatkowa instytucja, organ opiniujący i wydający decyzje administracyjne. Może pewne sprawy blokować, na przykład jeżeli chodzi o plany zagospodarowania przestrzennego, przejazdy przez teren parku, czy rozwiązania inwestycyjne w otulinie parku. Jednak te kwestie można rozwiązywać w czasie rozmów między kierownictwem parku, samorządem lokalnym i ludźmi. Pewne sprawy trwają teraz dłużej, ale i tak są do załatwienia. Dyrektor parku nie robi przeszkód, które mogłyby zahamować rozwój gminy.
A co z ludźmi, którzy obawiali się, że nie będą mogli zbierać grzybów czy jagód? Stracili źródło utrzymania?
- Nie, park nie robi przeszkód, mogą wchodzić na jego teren. Podobnie jak wędkarze, którzy co prawda muszą mieć zezwolenie, ale zakazu łowienia nie ma.
Kto najbardziej skorzystał na utworzeniu parku narodowego: rolnicy, osoby prowadzące turystykę?
- Rolnicy nie skorzystali, ale też nie stracili. Rozwinęła się turystyka. Sama nazwa "park narodowy" przyciąga turystów. Założenie Parku Narodowego Bory Tucholskie wyzwoliło inicjatywę u ludzi. Potrzeba wymusiła utworzenie większej liczby kwater w otulinie parku. Ja jeszcze przed utworzeniem parku zajmowałem się agroturystyką. Gdy powstał park, otworzyłem również restaurację. Dlatego park narodowy na pewno ma wpływ na rozwój regionu. Czy ludzie z tego skorzystają, zależy tylko od mieszkańców i od tego, czy chcą aktywnie działać.
Czy gmina skorzystała na utworzeniu parku?
- Otrzymaliśmy naprawdę duże wsparcie z funduszy ochrony środowiska. Już przed wejściem do Unii Europejskiej dzięki stworzeniu obszaru chronionego mieliśmy znacznie większy dostęp do środków unijnych, np. na rozwój gospodarki wodno-ściekowej, kanalizacji, modernizację oczyszczalni ścieków. Dzięki temu przyroda jest teraz znacznie bardziej chroniona niż wcześniej. To dobrze, bo musimy zachować coś z tej pierwotnej przyrody dla potomnych, a gdyby nie było parku narodowego, mogłaby powstać tu na przykład jakaś huta szkła, która by truła środowisko. Jest też jeden minus: na pewno mniejsze są wpływy z podatków do gminy.
Jak przekonywać ludzi, że wyznaczenie obszaru ściśle chronionego to nie koniec świata?
- Jeżeli projekt rozporządzenia dotyczącego utworzenia parku narodowego zostanie dobrze przygotowany, reszta zależy od ludzi i kierownictwa parku. Pierwsi muszą zrozumieć potrzebę ochrony przyrody, ale park też nie powinien blokować pewnych rzeczy. Jak pojawia się nowy pomysł, zawsze rodzą się obawy, bo ludzie są nieufni. Trzeba z nimi cierpliwie rozmawiać, uwzględniać ich zdanie. Nie można wprost zadzierać z lokalną ludnością. Opór rodzi opór. Teraz jest najlepszy czas, żeby przemyśleć wszystkie plusy i minusy utworzenia Mazurskiego Parku Narodowego. Jeśli nie będzie tych rozmów, potem może się okazać, że jest za późno i dojdzie do jakichś poważnych napięć czy konfliktów społecznych. Nie można też ślepo słuchać ludzi, którzy krzyczą "nie, bo nie" i nie potrafią tego argumentować. Po tych 13 latach, kiedy my w Borach Tucholskich rozmawialiśmy o utworzeniu parku, mogę powiedzieć jedno: nie taki diabeł straszny jak go malują.
- 2 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
-
Re: Nie taki park straszny, dowodzą w Borach Tuch
ekoludzik
24.10.09, 13:32
Chodzi o ochronę stosunkowo niewielkiego fragmentu Mazur. Infrastruktura będziemogla nadal się rozwijać, choć może w nieco mniej chaotyczny sposób. »
Najczęściej czytane24 htydzień




