"Róża" w kinach. My byśmy Mazurów w łyżce wody utopili

Maciej Nowakowski
03.02.2012 , aktualizacja: 03.02.2012 19:10
A A A Drukuj
Potraktowaliśmy ich w straszny sposób. Jako Polacy przyznawaliśmy się do nich, ale Polska najchętniej by ich wygnała. Rozmowa z autorem scenariusza głośnego filmu "Róża"
Róża
Róża
ZOBACZ TAKŻE
Maciej Nowakowski: Chciał pan, żeby "Róża" tak bardzo nas zabolała?

Michał Szczerbic*: Tak, zdecydowanie tak. Wiedziałem, że film tak zadziała. Ale wiedziałem, że nie da się tej historii powiedzieć troszeczkę. Za komuny można było próbować przemycać pewne treści, i my się wtedy nauczyliśmy tej sztuki kamuflażu. Ale teraz nie ma już powodu, by mówić półsłówkami. Trzeba powiedzieć, jak było naprawdę, bo naiwnie wierzę, że prawda nas uszlachetni. Widzę nawet analogię między Mazurami a narodem żydowskim. Żydów nie ma, ale się ich nienawidzi. Tak samo było z Mazurami. Spotkałem kiedyś człowieka. Powiedział mi o cmentarzu ewangelickim, który zarasta i już dawno został rozszabrowany. Przychodził z bratem na grób jego żony, prawdziwej Mazurki. Pewnego razu przejeżdżał tamtędy miejscowy Polak i takim słownictwem go "poczęstował", taką pogardą za to, że oni się opiekowali tym grobem, że trudno to sobie wyobrazić. Opowiadał o tym z takim żalem, mówił, że taka nienawiść do Mazurów tutaj była. I to mnie zaskoczyło.

Myślał pan, jak tę lekcję, którą pan nam zafundował, przyjmą obecni, współcześni mieszkańcy Mazur czy Warmii?

- Mnie w ogóle zaskoczyło przyjęcie filmu tutaj, przez obecnych mieszkańców Mazur. Wydawało mi się, że ten film mówi jednak negatywnie o polskim zasiedleniu tych terenów. Chciałem, żeby miał charakter rozliczeniowy. On i tak w obecnej postaci został złagodzony, ale nie z jakichś koniunkturalnych względów, tylko dlatego, że na tyle pozwalał montaż. Próbowałem co prawda oddzielać okrucieństwa związane z przechodzącym w 1945 r. frontem i Armią Czerwoną od późniejszego wspólnego bandytyzmu polsko-radzieckiego i w końcu tylko polskiego.

To widać, że chciał pan pokazać różną twarz okrucieństw. Bo jest tam i bandytyzm hitlerowski, i sowiecki, i polski.

- To była kwestia wyważenia, żeby nie było jednoznacznego wrażenia, że to tylko Rosjanie byli zdegenerowani, choć to co zrobili w styczniu 1945 r. na Mazurach, to przecież są bramy piekieł. Działanie Armii Czerwonej było rozmyślne. Z jednej strony chcieli złamać kręgosłup moralny, a z drugiej strony zemścić się. To były przecież pierwsze ziemie poniemieckie, na które oni weszli, stąd ta furia. Im wręcz zalecano, że mogą się zemścić. A z drugiej strony sami Polacy traktowali te ziemie okropnie. Cała Warszawa była odbudowywana dzięki cegłom z Mazur, tu całe wsie rozbierano. To był oficjalny, państwowy rabunek. I w tym były te kobiety - jak Róża - przeważnie same, niepewne jaki status im zostanie przyznany. Polska najchętniej by Mazurów wygnała, ale nie mogła tego zrobić, bo argument, żeby przyznać te ziemie Polsce dlatego, że tu mieszkają Mazurzy, czyli potomkowie Polaków lub wręcz Polacy, był pod koniec wojny bardzo silny.

* Autor scenariusza "Róży" w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego, który w piątek wszedł na ekrany kin (wcześniej, 7 stycznia odbył się jego specjalny pokaz w olsztyńskim Heliosie). Mieszka na Mazurach

Cała rozmowa w sobotnio-niedzielnym papierowym wydaniu "Gazety"

Podziel się

  • 50 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów