Serce fotografa zostało nad jeziorem Niegocin

not. rob
01.07.2011 , aktualizacja: 01.07.2011 15:03
A A A Drukuj
Moje serce nie tylko zostało, ale wciąż bije na Warmii i Mazurach - opowiada Mieczysław Wieliczko, artysta fotografik, twórca wielu albumów o regionie
Mieczysław Wieliczko
Fot. Przemyslaw Skrzydlo / AG
Mieczysław Wieliczko
Obydwie krainy są miejscem mojej pracy, która jest jednocześnie moją pasją. Znam tu każde miejsce i wszystkie są dla mnie wyjątkowe. Jednak niektóre wspomina się z większym sentymentem. Do takich należy jez. Niegocin, choć wiąże się z nim dramatyczna opowieść. Był początek lat 70., sierpień. Miałem wtedy jakieś 20 lat. Z dwoma kumplami płynęliśmy po Wielkich Jeziorach Mazurskich. Obydwaj na imię mieli Bogdan, więc by ich rozróżnić, na spokojniejszego mówiłem Boguś, a twardziel i zawadiaka pozostał Bogdanem. Płynęliśmy wypożyczoną żaglówką "Orion". Musieliśmy dotrzeć na godz. 22 do Giżycka, skąd odjeżdżał pociąg Bogusia. Żeby nie tracić czasu gnaliśmy na pełnych żaglach, nawet po kanałach między jeziorami. Obniżaliśmy tylko maszt przepływając pod mostami i liniami wysokiego napięcia, a później znów hajda do przodu, byleby chłopak zdążył. Wszystko szło dobrze dopóki nie "zdechł" nam wiatr. Najbardziej zaniepokoiło to zainteresowanego, ale za chwilę Bogdan go pocieszył: "Nie przejmuj się - powiedział. - Zaraz wpłyniemy na Niegocin, tam zawsze wieje".

Zbliżał się zmierzch, a my "przebijaliśmy" się przez kolejne fale. I jak to zwykle bywa w klasycznych dreszczowcach, w pewnym momencie zza lasu wyszły ciemne chmury i podobne jak we wspomnianych klasykach nie zauważyliśmy tego, a przynajmniej nie od razu. Raptownie niebo zalała hebanowa czerń, która przyniosła przerażająca nawałnicę. Fale przewalały nam się po pokładzie. Wtedy też pierwszy i jedyny raz w życiu widziałem, by żaglówka pod wpływem wiatru wpadała w przeraźliwe drgania, taki swego rodzaju rezonans. Wiatr ciągle w nas pruje, a ja trzymam wszelkie możliwe linki, wanty, byle się czegoś chwycić, byle się maszt nie połamał, byle nic nam się nie stało... Pełna dramaturgia, która tak jak nagle się zaczęła, tak niespodziewanie ustąpiła. Przybiliśmy do mola, a raczej siłą rozpędu w nie walnęliśmy, po czym wyczołgaliśmy się na brzeg. Pamiętam, że Boguś całował ziemię i zarzekał się, że już nigdy nie wsiądzie do żaglówki. A Bogdan powiedział tylko: "Chłopaki, prawie narobiłem w spodnie". Ale on rzeczywiście narobił.

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów