Ludzie oburzeni po sobotnim skandalu w Grunwaldzie
2010-07-19
, aktualizacja: 19.07.2010 20:13
Jeden z głównych aktorów inscenizacji zastanawia się, czy po skandalu, którym skończyła się impreza, za rok bitwa się odbędzie
ZOBACZ TAKŻE
- Kto zatkał Grunwald czyli jak uniknąć korków za rok (20-07-10, 20:00)
- Grunwald: VIP w Litwinów rzucił butelką piwa (19-07-10, 20:16)
- Skąd najlepiej oglądać bitwę? Zobacz plan Grunwaldu (15-07-11, 11:57)
- Trzej dyrektorzy nadal w niełasce u marszałka Protasa (26-09-10, 20:30)
- Urzędnicy dostali nagrody, a społecznicy figę (14-09-10, 20:27)
- List czytelniczki: Gdzie są eksponaty z Grunwaldu? (22-08-10, 18:28)
- Pomysły na odkorkowanie Grunwaldu za rok (13-08-10, 19:12)
GALERIA ZDJĘĆ
- Grunwaldzka porażka organizacyjna [WASZE ZDJĘCIA] (22-05-10, 09:00)
Jacek Szymański, współorganizator części historycznej, jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci grunwaldzkiego pokazu. Od początku odgrywa rolę króla Jagiełły.
Jak przeprosić ludzi?
Tym razem o imprezie, w którą włożył tyle serca, wypowiada się w zupełnie innym tonie niż w poprzednich latach. - Obchody były robione z wielkim zadęciem - mówi. - Ale nie wiem, czy za rok ta inscenizacja w ogóle się odbędzie. Po tym, co się stało, zastanawiam się, czy to ma jakiś sens. Dostaję mnóstwo maili dotyczących korków na drogach, choć przecież nie ja jestem odpowiedzialny za organizację ruchu. Trzeba będzie jednak jakoś tym ludziom odpowiedzieć. Przeprosić ich.
Nie da się ukryć, że widzowie przeżyli wielkie rozczarowanie imprezą. Narzekali na złe nagłośnienie, fatalne ustawienie telebimu, zasłaniające widok namioty dla VIP-ów i mediów.
Drogowy dramat
Ale najgorsze były korki. Zaczynały się kilkanaście kilometrów od Grunwaldu. Jadąc od Olsztyna już w Tomaszkowie. Czytelniczka z Krakowa, która przyjechała pociągiem do Olsztynka, mówi, że nie mogła dojechać do Grunwaldu, bo nie było autobusów. - Na dworcu brakowało informacji. Autobusy kursowały według normalnego, weekendowego rozkładu: jeden na kilka godzin - pisze. Za taksówkę trzeba było zapłacić co najmniej 60 zł. Dopiero potem okazało się, że taksówkarze, którzy zdecydowali się na kurs do Grunwaldu, zrobili najgorszy interes życia, bo na cały dzień utknęli w korkach. Kto nie złapał taksówki, musiał liczyć na okazję lub czekał go 20-kilometrowy marsz na pola bitewne.
Anonimowa pracowniczka Urzędu Miejskiego w Olsztynku: - W sobotę podstawiliśmy dodatkowe autobusy, jednak utknęły w korkach, które powstały już przed bitwą.
W sześć godzin do Grunwaldu
Niektórzy pechowcy, którzy wyjechali ze stolicy regionu o godz. 8, dojechali pod Grunwald już w trakcie bitwy, która zaczęła się o godz. 14. Spotkało to też Krzysztofa, który jest informatykiem i pasjonatem fotografii. Też wyjechał do Grunwaldu kilka godzin przed bitwą. - A dotarłem, gdy walka już trwała. Raz do roku wyruszam w Polskę w poszukiwaniu zdjęć z ciekawych wydarzeń. Tym razem mogłem co najwyżej zrobić fotografię największego korka, jaki w życiu widziałem - mówi.
W tej atmosferze tylko najwytrwalsi myśleli o przechadzce po Polach Grunwaldzkich lub odwiedzeniu osady rycerskiej. Ci, którzy przewidzieli, że powrót będzie jeszcze gorszy, wsiedli do samochodów przed zakończeniem inscenizacji. Ale samochody zamiast jechać stały.
I sześć godzin z Grunwaldu
- To nie jest korek. W korku samochód się rusza. A ja stoję w miejscu od dwóch godzin - mówił ok. godz. 17 młody mężczyzna za kierownicą. - Przecież to 600. rocznica i wiedzieli, że tyle ludzi tu będzie. I nic nie zrobili!
A czytelnik "Gazety" opisuje: - W korku utknąłem na ponad pięć godzin. Ludzie w pobliskim sklepie wykupili wszystkie napoje. Pojawili się naciągacze, którzy za małą butelkę wody żądali 5 zł. Ale był też pewien mieszkaniec Grunwaldu, który nalewał za darmo z węża wodę do butelek. Chwała mu za to! Powstały komitety kolejkowe, by ustalić, po ile samochodów wypuszczać z parkingów, a ile z drogi. Dla mnie to był szok! Wyjechałem z Grunwaldu o godz. 20.45 [dopiero o tej godzinie zaczął się jakikolwiek ruch na drogach wokół Pól Grunwaldzkich - red.]. Zero zainteresowania przez jakiekolwiek służby rozładowaniem korków, zero informacji, bezczynność policji.
Bywały przypadki, że kierowcy, którzy chcieli sobie skrócić przejazd polnymi drogami, musieli płacić myto rolnikom. Tak było w przypadku obleganego skrótu w rejonie wsi Łodwigowo. - Przez ten korek dwie dziewczyny dojechały do Olsztynka tak późno, że spóźniły się na ostatni pociąg z Olsztynka i musiały w nocy koczować pod gołym niebem, bo wyrzucili je z dworca PKP - pisze jedna z czytelniczek.
Do domu!
Nie lepiej było w niedzielę. Brakowało autobusów. - Chcę się już stąd wydostać! - krzyczała na przystanku w Stębarku Marta z Giżycka. Do Olsztyna pojechała samochodem transportowym: bez siedzeń i okien.
- Staliśmy na deszczu na przystanku w Stębarku i nie mogliśmy uwierzyć. Dzwoniliśmy do PKS-u i prywatnych firm transportowych (telefony były zapisane na przystanku), ale wszyscy odpowiadali, że nie wyślą dodatkowych autobusów, bo jest niedziela i kierowcy mają wolne - pisze Krakowianka. - Widziałam zdezorientowanych turystów z zagranicy, w tym jedną Angielkę, która jeszcze w niedzielę nie wiedziała, jak się z Grunwaldu wydostać. W końcu zdesperowana poszła do Olsztynka pieszo. Ci ludzie już nigdy do Polski nie przyjadą.
Urząd ma czas, by się wytłumaczyć
Przez kilka godzin w poniedziałek dzwoniliśmy do Urzędu Marszałkowskiego, dla którego jubileusz był sztandarową uroczystością. Chcieliśmy zadać pytanie o odpowiedzialność za fatalną organizację imprezy pod Grunwaldem. Urzędnicy odsyłali nas do marszałka Jacka Protasa, który patronował tym uroczystościom i do rzecznika urzędu Roberta Szewczyka. Bezskutecznie. Jedyne, co udało się nam usłyszeć od tego drugiego, to tyle, że nie odpowie na pytanie od razu, a mailowo następnego dnia.
Współpraca: Zespół Gazeta.pl
Jak przeprosić ludzi?
Tym razem o imprezie, w którą włożył tyle serca, wypowiada się w zupełnie innym tonie niż w poprzednich latach. - Obchody były robione z wielkim zadęciem - mówi. - Ale nie wiem, czy za rok ta inscenizacja w ogóle się odbędzie. Po tym, co się stało, zastanawiam się, czy to ma jakiś sens. Dostaję mnóstwo maili dotyczących korków na drogach, choć przecież nie ja jestem odpowiedzialny za organizację ruchu. Trzeba będzie jednak jakoś tym ludziom odpowiedzieć. Przeprosić ich.
Nie da się ukryć, że widzowie przeżyli wielkie rozczarowanie imprezą. Narzekali na złe nagłośnienie, fatalne ustawienie telebimu, zasłaniające widok namioty dla VIP-ów i mediów.
Drogowy dramat
Ale najgorsze były korki. Zaczynały się kilkanaście kilometrów od Grunwaldu. Jadąc od Olsztyna już w Tomaszkowie. Czytelniczka z Krakowa, która przyjechała pociągiem do Olsztynka, mówi, że nie mogła dojechać do Grunwaldu, bo nie było autobusów. - Na dworcu brakowało informacji. Autobusy kursowały według normalnego, weekendowego rozkładu: jeden na kilka godzin - pisze. Za taksówkę trzeba było zapłacić co najmniej 60 zł. Dopiero potem okazało się, że taksówkarze, którzy zdecydowali się na kurs do Grunwaldu, zrobili najgorszy interes życia, bo na cały dzień utknęli w korkach. Kto nie złapał taksówki, musiał liczyć na okazję lub czekał go 20-kilometrowy marsz na pola bitewne.
Anonimowa pracowniczka Urzędu Miejskiego w Olsztynku: - W sobotę podstawiliśmy dodatkowe autobusy, jednak utknęły w korkach, które powstały już przed bitwą.
W sześć godzin do Grunwaldu
Niektórzy pechowcy, którzy wyjechali ze stolicy regionu o godz. 8, dojechali pod Grunwald już w trakcie bitwy, która zaczęła się o godz. 14. Spotkało to też Krzysztofa, który jest informatykiem i pasjonatem fotografii. Też wyjechał do Grunwaldu kilka godzin przed bitwą. - A dotarłem, gdy walka już trwała. Raz do roku wyruszam w Polskę w poszukiwaniu zdjęć z ciekawych wydarzeń. Tym razem mogłem co najwyżej zrobić fotografię największego korka, jaki w życiu widziałem - mówi.
W tej atmosferze tylko najwytrwalsi myśleli o przechadzce po Polach Grunwaldzkich lub odwiedzeniu osady rycerskiej. Ci, którzy przewidzieli, że powrót będzie jeszcze gorszy, wsiedli do samochodów przed zakończeniem inscenizacji. Ale samochody zamiast jechać stały.
I sześć godzin z Grunwaldu
- To nie jest korek. W korku samochód się rusza. A ja stoję w miejscu od dwóch godzin - mówił ok. godz. 17 młody mężczyzna za kierownicą. - Przecież to 600. rocznica i wiedzieli, że tyle ludzi tu będzie. I nic nie zrobili!
A czytelnik "Gazety" opisuje: - W korku utknąłem na ponad pięć godzin. Ludzie w pobliskim sklepie wykupili wszystkie napoje. Pojawili się naciągacze, którzy za małą butelkę wody żądali 5 zł. Ale był też pewien mieszkaniec Grunwaldu, który nalewał za darmo z węża wodę do butelek. Chwała mu za to! Powstały komitety kolejkowe, by ustalić, po ile samochodów wypuszczać z parkingów, a ile z drogi. Dla mnie to był szok! Wyjechałem z Grunwaldu o godz. 20.45 [dopiero o tej godzinie zaczął się jakikolwiek ruch na drogach wokół Pól Grunwaldzkich - red.]. Zero zainteresowania przez jakiekolwiek służby rozładowaniem korków, zero informacji, bezczynność policji.
Bywały przypadki, że kierowcy, którzy chcieli sobie skrócić przejazd polnymi drogami, musieli płacić myto rolnikom. Tak było w przypadku obleganego skrótu w rejonie wsi Łodwigowo. - Przez ten korek dwie dziewczyny dojechały do Olsztynka tak późno, że spóźniły się na ostatni pociąg z Olsztynka i musiały w nocy koczować pod gołym niebem, bo wyrzucili je z dworca PKP - pisze jedna z czytelniczek.
Do domu!
Nie lepiej było w niedzielę. Brakowało autobusów. - Chcę się już stąd wydostać! - krzyczała na przystanku w Stębarku Marta z Giżycka. Do Olsztyna pojechała samochodem transportowym: bez siedzeń i okien.
- Staliśmy na deszczu na przystanku w Stębarku i nie mogliśmy uwierzyć. Dzwoniliśmy do PKS-u i prywatnych firm transportowych (telefony były zapisane na przystanku), ale wszyscy odpowiadali, że nie wyślą dodatkowych autobusów, bo jest niedziela i kierowcy mają wolne - pisze Krakowianka. - Widziałam zdezorientowanych turystów z zagranicy, w tym jedną Angielkę, która jeszcze w niedzielę nie wiedziała, jak się z Grunwaldu wydostać. W końcu zdesperowana poszła do Olsztynka pieszo. Ci ludzie już nigdy do Polski nie przyjadą.
Urząd ma czas, by się wytłumaczyć
Przez kilka godzin w poniedziałek dzwoniliśmy do Urzędu Marszałkowskiego, dla którego jubileusz był sztandarową uroczystością. Chcieliśmy zadać pytanie o odpowiedzialność za fatalną organizację imprezy pod Grunwaldem. Urzędnicy odsyłali nas do marszałka Jacka Protasa, który patronował tym uroczystościom i do rzecznika urzędu Roberta Szewczyka. Bezskutecznie. Jedyne, co udało się nam usłyszeć od tego drugiego, to tyle, że nie odpowie na pytanie od razu, a mailowo następnego dnia.
Współpraca: Zespół Gazeta.pl
- 34 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
-
Jeżeli chcesz słuchać
privus
20.07.10, 19:55
osobistej stacji radiowej czy telewizyjnej, w żadnym wypadku nie można poważnie brać tego, co płynie z Warszawy. Swawolna degradacja regionów jest aż nazbyt widoczna. Gdyby nie fatalna »
-
Ludzie oburzeni po sobotnim skandalu w Grunwaldzie
ot48
20.07.10, 20:01
A poco tam było jechać co tam można było ciekawego zobaczyć /teatr pod gołym niebem dla gawiedzi/.»
Najczęściej czytane24 htydzień





