Zabiorę młodych z piekła przy ul. Niepodległości
2010-03-14
, aktualizacja: 14.03.2010 18:21
Jedna z nowych lokatorek otoczonego złą sławą "samotniaka" przy ul. Niepodległości nie może patrzeć jak stacza się mieszkająca tam młodzież. Szuka miejsca, gdzie mogłaby im zorganizować wolny czas i pokazać, że można żyć bez narkotyków i przemocy. Urzędnicy nie potrafią jej pomóc
ZOBACZ TAKŻE
- Nie ma za co odnowić miejskich budynków, więc niszczeją (26-08-10, 16:17)
- Miasto jednak spróbuje pomóc młodzieży z "samotniaka" (21-03-10, 18:23)
- Stróż z samotniaka wytropi i przepędzi pijaka (15-05-09, 20:07)
- Wyrzucą awanturujących się z samotniaków (13-02-09, 19:32)
- Koniec z suszeniem majtek na balkonie (17-11-08, 17:31)
- W "samotniaku" noszą broń, bo boją się napadu (11-06-08, 19:07)
- Slumsy w centrum miasta (02-06-08, 20:14)
Pani Mirosława, kobieta w średnim wieku, po zagranicznych studiach, z doktoratem teologii. Tłumaczy książki zagranicznych autorów dla największych polskich wydawnictw. Życie rodzinne tak jej się skomplikowało, że w połowie listopada 2009 roku została eksmitowana do "samotniaka", budynku należącego do miasta.
Początki były trudne
Przyznaje, że pierwsze dni w budynku przy ul. Niepodległości były koszmarem. - Awantury z lokatorami i zaczepki ze strony młodocianych - wspomina. - Musiałam nawet się postawić i zagrozić wezwaniem policji wobec kilku agresywnych lokatorów. Na porządku dziennym są tu narkotyki, alkohol, w jednym z pokojów prowadzona jest nawet agencja towarzyska. To getto funkcjonujące z przyzwoleniem miasta.
Jednak z dnia na dzień zaczęła poznawać sąsiadów. - Pomogli mi w kilku trudnych sytuacjach - mówi. - Gdy zaczęłam z nimi rozmawiać okazało się, że wielu z nich to porządni ludzie, niektórzy skrzywieni przez życie. Nie mogłam się jednak pogodzić, że w takich warunkach dorastają dzieci i wychowuje się młodzież.
Trzeba być twardym
W sobotę ponownie odwiedziłem "samotniak". Na każdym z pięter natknąłem się na dzieci w wieku 5-7 lat bawiące się na korytarzach. - Nie możemy dać sobie w kaszę dmuchać. Jak ktoś jest miękki, to po nim - tłumaczył mi wytatuowany mężczyzna w średnim wieku, którego spotkałem na III piętrze. Mówiąc te słowa, stopą wykonywał ruch, jakby chciał rozdeptać robaka. - Młodzi czują się bezkarni, zastraszają pozostałych.
To samo mówią lokatorzy z II piętra. - Kilka dni temu, wchodząc do budynku niewiele brakowało, a na głowę spadłaby mi torebka foliowa z kałem i moczem. Sikanie na schodach to już codzienność - mówi kobieta w średnim wieku.
Lokatorem z jednym z najdłuższych, bo kilkunastoletnim, stażem w "samotniaku" jest pan Mirosław. Na co dzień pracuje w obsłudze Wojewódzkiego Zespołu Lecznictwa Psychiatrycznego. - Ale u nas jest gorzej niż w psychiatryku - mówi wprost.
Matka 10-letniego Krzysztofa dodaje: - Pilnuję syna, gdy w ciągu dnia bawi się na korytarzu. Po godz. 19 nie wychodzimy z mieszkania, bo boimy się młodocianych przestępców.
Widząc, co się tu dzieje, pani Mirosława postanowiła zająć się młodzieżą z "samotniaka". - Muszę pomóc tym ludziom i pokazać, że istnieje inne, normalne życie bez patologii - mówi. - Dlatego chcę zorganizować im na miejscu kursy nauki któregoś z języków obcych i inne zajęcia.
Trzeba pomóc. Ale...
Zdaje sobie sprawę, że nie obejdzie się bez pomocy z zewnątrz, przede wszystkim z ratusza. Dlatego interweniowała u radnego Bogdana Dżusa. Prosiła o pomoc w znalezieniu miejsca na świetlicę dla młodych z "samotniaka". - W sprawie lokalu interweniowałem u administratora budynku [czyli w podległym urzędowi miasta Zakładzie Lokali i Budynków Komunalnych - red.] - mówi radny. - Warto zaangażować się w ten projekt, bo stoi za nim osoba wrażliwa na ludzkie sprawy.
Miasto jednak niewiele ma do zaoferowania, przynajmniej na razie. - Sprawdziłem, czy na potrzeby świetlicy nie można byłoby zagospodarować którejś z piwnic. Okazało się, że przekazaliśmy ją jednej z lokatorek na poprawę warunków życia - mówi Zbigniew Karpowicz, dyrektor Zakładu Lokali i Budynków Komunalnych.
Nie ma czasu, by czekać kolejny rok
Szansa na świetlicę w "samotniaku" będzie dopiero po przebudowie budynku, która jest planowana w tym roku. Powodzenie tego projektu zależy jednak od tego, czy pieniądze na remont przekaże Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Sprawa ma się rozstrzygnąć w połowie roku. Zanim skończy się remont, miną kolejne miesiące.
Pani Mirosława, gdy o tym się dowiedziała postanowiła, że nie będzie czekać aż tyle czasu. Pierwsza myśl, jaka przyszła, to szukanie pomocy w znanym w mieście Domu Dziennego Pobytu Dziecka Arka, który jest niemal naprzeciwko "samotniaka". Niedługo okaże się, czy będzie szansa na znalezienie tam pokoju, by mogła zorganizować spotkania z młodzieżą z okrytego złą sławą budynku przy ul. Niepodległości.
grzegorz.szydlowski@olsztyn.agora.pl
DLA GAZETY
Iwona Rudowska ze Stowarzyszenia Młodzieży Rekord
Strasznie się cieszę, że znalazła się osoba, która nie przeszła obojętnie wobec problemów, jakie mają młodzi. Takich ludzi brakuje, bo na cały Olsztyn mamy zaledwie kilku wolontariuszy. Kłopoty z młodzieżą ze środowisk patologicznych polegają na tym, że w domu nie mają wzorców dobrego postępowania, dlatego szukają ich poza rodziną wpadając w różnego rodzaju środowiska. Tym ludziom trzeba pokazać, że są inne sposoby na życie. Taka edukacja przyniesie prędzej czy później efekty.
Napisz:
Jak urzędnicy powinni pomóc mieszkance, która chce zająć się młodzieżą?
Adres: redakcja@olsztyn.agora.pl
Początki były trudne
Przyznaje, że pierwsze dni w budynku przy ul. Niepodległości były koszmarem. - Awantury z lokatorami i zaczepki ze strony młodocianych - wspomina. - Musiałam nawet się postawić i zagrozić wezwaniem policji wobec kilku agresywnych lokatorów. Na porządku dziennym są tu narkotyki, alkohol, w jednym z pokojów prowadzona jest nawet agencja towarzyska. To getto funkcjonujące z przyzwoleniem miasta.
Jednak z dnia na dzień zaczęła poznawać sąsiadów. - Pomogli mi w kilku trudnych sytuacjach - mówi. - Gdy zaczęłam z nimi rozmawiać okazało się, że wielu z nich to porządni ludzie, niektórzy skrzywieni przez życie. Nie mogłam się jednak pogodzić, że w takich warunkach dorastają dzieci i wychowuje się młodzież.
Trzeba być twardym
W sobotę ponownie odwiedziłem "samotniak". Na każdym z pięter natknąłem się na dzieci w wieku 5-7 lat bawiące się na korytarzach. - Nie możemy dać sobie w kaszę dmuchać. Jak ktoś jest miękki, to po nim - tłumaczył mi wytatuowany mężczyzna w średnim wieku, którego spotkałem na III piętrze. Mówiąc te słowa, stopą wykonywał ruch, jakby chciał rozdeptać robaka. - Młodzi czują się bezkarni, zastraszają pozostałych.
To samo mówią lokatorzy z II piętra. - Kilka dni temu, wchodząc do budynku niewiele brakowało, a na głowę spadłaby mi torebka foliowa z kałem i moczem. Sikanie na schodach to już codzienność - mówi kobieta w średnim wieku.
Lokatorem z jednym z najdłuższych, bo kilkunastoletnim, stażem w "samotniaku" jest pan Mirosław. Na co dzień pracuje w obsłudze Wojewódzkiego Zespołu Lecznictwa Psychiatrycznego. - Ale u nas jest gorzej niż w psychiatryku - mówi wprost.
Matka 10-letniego Krzysztofa dodaje: - Pilnuję syna, gdy w ciągu dnia bawi się na korytarzu. Po godz. 19 nie wychodzimy z mieszkania, bo boimy się młodocianych przestępców.
Widząc, co się tu dzieje, pani Mirosława postanowiła zająć się młodzieżą z "samotniaka". - Muszę pomóc tym ludziom i pokazać, że istnieje inne, normalne życie bez patologii - mówi. - Dlatego chcę zorganizować im na miejscu kursy nauki któregoś z języków obcych i inne zajęcia.
Trzeba pomóc. Ale...
Zdaje sobie sprawę, że nie obejdzie się bez pomocy z zewnątrz, przede wszystkim z ratusza. Dlatego interweniowała u radnego Bogdana Dżusa. Prosiła o pomoc w znalezieniu miejsca na świetlicę dla młodych z "samotniaka". - W sprawie lokalu interweniowałem u administratora budynku [czyli w podległym urzędowi miasta Zakładzie Lokali i Budynków Komunalnych - red.] - mówi radny. - Warto zaangażować się w ten projekt, bo stoi za nim osoba wrażliwa na ludzkie sprawy.
Miasto jednak niewiele ma do zaoferowania, przynajmniej na razie. - Sprawdziłem, czy na potrzeby świetlicy nie można byłoby zagospodarować którejś z piwnic. Okazało się, że przekazaliśmy ją jednej z lokatorek na poprawę warunków życia - mówi Zbigniew Karpowicz, dyrektor Zakładu Lokali i Budynków Komunalnych.
Nie ma czasu, by czekać kolejny rok
Szansa na świetlicę w "samotniaku" będzie dopiero po przebudowie budynku, która jest planowana w tym roku. Powodzenie tego projektu zależy jednak od tego, czy pieniądze na remont przekaże Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Sprawa ma się rozstrzygnąć w połowie roku. Zanim skończy się remont, miną kolejne miesiące.
Pani Mirosława, gdy o tym się dowiedziała postanowiła, że nie będzie czekać aż tyle czasu. Pierwsza myśl, jaka przyszła, to szukanie pomocy w znanym w mieście Domu Dziennego Pobytu Dziecka Arka, który jest niemal naprzeciwko "samotniaka". Niedługo okaże się, czy będzie szansa na znalezienie tam pokoju, by mogła zorganizować spotkania z młodzieżą z okrytego złą sławą budynku przy ul. Niepodległości.
grzegorz.szydlowski@olsztyn.agora.pl
DLA GAZETY
Iwona Rudowska ze Stowarzyszenia Młodzieży Rekord
Strasznie się cieszę, że znalazła się osoba, która nie przeszła obojętnie wobec problemów, jakie mają młodzi. Takich ludzi brakuje, bo na cały Olsztyn mamy zaledwie kilku wolontariuszy. Kłopoty z młodzieżą ze środowisk patologicznych polegają na tym, że w domu nie mają wzorców dobrego postępowania, dlatego szukają ich poza rodziną wpadając w różnego rodzaju środowiska. Tym ludziom trzeba pokazać, że są inne sposoby na życie. Taka edukacja przyniesie prędzej czy później efekty.
Napisz:
Jak urzędnicy powinni pomóc mieszkance, która chce zająć się młodzieżą?
Adres: redakcja@olsztyn.agora.pl
- 7 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć
