Po artykule "Gazety": Drogówka niepotrzebnie prowokuje
2010-03-14
, aktualizacja: 14.03.2010 18:59
Głosy chwalące i ganiące policjantów drogówki rozkładają się mniej więcej po połowie
ZOBACZ TAKŻE
- Kontrola zakończona złamaną nogą była prawidłowa (03-12-10, 18:52)
- Wytknął policjantom, że się mylą. I tak znaleźli haka (13-10-10, 19:01)
- Odmawiali przyjęcia mandatów. Teraz będzie trudniej (02-09-10, 14:04)
- Policyjne tigery będą ścigać piratów drogowych (16-04-10, 17:52)
- Policjanci mieli kopnąć w brzuch mężczyznę z piwem (31-03-10, 18:43)
- Kierowca złamał przepisy. Ale żeby łamać mu nogę...? (11-03-10, 19:13)
W czwartek opisaliśmy zdarzenie, które miało miejsce pod koniec lutego na drodze nr 16 pod Olsztynem. Patrol w nieoznakowanym radiowozie zatrzymał kierowcę. Policjanci za dwa przewinienia chcieli mu wypisać mandat w wysokości 700 zł. Kierowca odmówił. Bronił się, że do popełnienia jednego z nich - wyprzedzenia, które skończyło się już na linii ciągłej - został sprowokowany przez funkcjonariuszy z radiowozu, którzy dali mu sygnał, że może wyprzedzać. Policjanci zdecydowali, że kierowcę zatrzymają. W czasie skuwania kajdankami przewrócili go na ziemię. Mężczyzna przy okazji złamał sobie nogę w kostce. Sprawę ewentualnego przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy bada prokuratura.
Zadaliśmy wtedy czytelnikom pytanie, jakie mają wspomnienia z kontroli drogowych. Oto kilka z nadesłanych historii.
Meganki prowokują
** Takie zachowanie funkcjonariuszy z meganki nie jest odosobnione. Ze swoich spotkań z tymi panami mogę podać kilka przykładów, ale najgorszy dotknął mnie w ub. roku. Zaczęło się od tego, że nie jechałem grzecznie w kolumnie wystraszonych kierowców za nieoznakowanym radiowozem, tylko wyprzedziłem go (z prawidłową prędkością). I to był pierwszy błąd! Funkcjonariusze - pan z ładną panią - podążali za mną przez ponad 20 kilometrów. Trudno jest wytrzymać taki dystans uważając stale, by nie złamać jakiegoś przepisu. Wreszcie nastąpił wyczekiwany przez nich moment: dokonałem manewru wyprzedzania ciężarówki w jedynym możliwym do tego miejscu, ale niestety został on zakończony na linii ciągłej. Po kolejnych siedmiu kilometrach (!) zostałem zatrzymany i zapłaciłem mandat. A trzeba było go nie przyjmować.
Lucjan Wołos
** Z uwagą przeczytałem artykuł w "Gazecie" pt. "Kontrola z połamaniem". Nie będę oceniał opisanej sytuacji, oceni to prokuratura. Natomiast przytoczę swoją przygodę z meganką. Latem ub. roku jechałem z Olsztyna do Gdańska. Przed Gietrzwałdem zauważyłem jadącą przede mną megankę. Para policjantów jechała ok. 80-90 km na godz. I tak być powinno. Natomiast zdziwił mnie i oburzał fakt zwalniania do 60-70 km na godz. na zakrętach, przy podwójnej linii. A szczególnie złośliwym zachowaniem było niczym nieuzasadnione spowalnianie całej kawalkady pojazdów do 30-40 km na godz. w terenie zabudowanym. Cel był jeden: trafić jelenia, który nie wytrzyma i zostanie sprowokowany do popełnienia błędu. Jeżeli taka ma być rola tej formacji, to ja jej dziękuję.
Dane do wiadomości redakcji
Może miałem szczęście
** Skrzyżowanie, zapaliło się czerwone, więc staję. Wcześniej zmieniłem pas na lewy (na prawym stoi furmanka). Po chwili za mną zatrzymuje się następne auto. Zielone, ruszamy, gość siedzi mi na ogonie, spieszy mu się wyraźnie. A niech jedzie. Zjeżdżam na prawy pas za skrzyżowaniem jeszcze na ciągłej, gość odjeżdża w siną dal. Zatrzymuje mnie policja. Płacę za przekroczenie tej ciągłej linii. Tak to zapłaciłem za uprzejmość. W ciągu 23 lat milicja/policja zatrzymywała mnie wiele razy (bo to kawałek czasu jest). Czasem za prędkość, czasem po prostu do kontroli, ale zawsze odbywało się to kulturalnie. Jeśli wyegzekwowali mandat, to mieli rację. Nie miałem żadnego przypadku choćby zbliżonego do sytuacji opisanej w artykule. Czyżby szczęście?
Byli mili
** Mam bardzo miłe wspomnienia z kontroli drogowej, ale może moje szczęście polega na tym, że nie zaliczyłem dotychczas spotkania z policjantami z meganek, ale z normalnym patrolem prewencji. Jechałem w styczniu przez Olsztyn, dozwoloną prędkością, a nawet poniżej. Było ślisko i pech chciał, że na jednym ze skrzyżowań wyczułem, że mam lód pod kołami i wiedząc, że nie zdążę się zatrzymać na światłach - właśnie zielone zmieniło się na pomarańczowe - przejechałem na nim. Nie widziałem, że jedzie za mną radiowóz. Policjanci zatrzymali mnie. Według nich przejechałem już na czerwonym. Wiadomo, policja wie lepiej. Nawet jeśli bym się zaklinał, że było inaczej, nic by to nie dało. A ja byłem autentycznie załamany i było mi wstyd. Policjant chyba to zauważył. Skończyło się na pouczeniu. Trafiłem na policjanta, który nie podszedł do mnie według przepisu, ale po ludzku. Ja innej kary już nie potrzebowałem. Do dziś jest mi głupio, że to zrobiłem. Pogrożenie palcem przez funkcjonariusza mi wystarczyło. Boję się jednak, że takiego wyczucia psychologicznego wielu policjantów nie ma. Dla nich przepis to przepis i kierowców muszą karać (pewnie często trzeba). Nie bez powodu jeden z kolegów zawsze mi powtarza, że zmienię zdanie o drogówce, gdy trafię na kogoś, kto będzie chciał pokazać, że policja to władza.
Tomasz J.
Nietypowa kontrola
Tak wyglądało moje spotkanie z policją sprzed ok. 1,5 miesiąca... Była godzina 23, gdy wraz z kolegą wracaliśmy z meczu halówki do domów. Gdy już dojeżdżaliśmy, zatrzymałem się na skrzyżowaniu, żeby zobaczyć, czy nic nie jedzie. Ponieważ była to droga podporządkowana i zobaczyłem, że jedzie auto - zaczekałem. Okazało się, że to radiowóz naszej policji. Zaraz jak przejechali, skręciłem za nimi. 50 metrów dalej była ślepa uliczka, w której panowie policjanci zatrzymali się, poczekali, aż przejadę, i chcieli jechać za mną. Nie spodziewali się jednak, że kawałek dalej i ja się zatrzymam. Włączyłem migacz i czekałem, aż kolega się wypakuje z samochodu. Panowie policjanci podjechali swoim radiowozem od mojej strony i patrzyli, co się tam dzieje. Nie wiedziałem, co zrobić, bo żaden z nich nie wysiadł, a ich auto zastawiło mi drogę. Otworzyłem okno i powiedziałem "dobry wieczór", żeby chociaż jakoś zagadać. Z drugiej strony nie wiedziałem też, czego mam się spodziewać. Usłyszałem za to rozmowę policjantów. Policjant kierowca: - I jak? Policjant pasażer: - Trzeźwy jest. Policjant kierowca: - To jedziemy. No i pojechali. Przez chwilę siedziałem w samochodzie jak osłupiały. Tak specyficznej kontroli trzeźwości jeszcze nie miałem.
Zadaliśmy wtedy czytelnikom pytanie, jakie mają wspomnienia z kontroli drogowych. Oto kilka z nadesłanych historii.
Meganki prowokują
** Takie zachowanie funkcjonariuszy z meganki nie jest odosobnione. Ze swoich spotkań z tymi panami mogę podać kilka przykładów, ale najgorszy dotknął mnie w ub. roku. Zaczęło się od tego, że nie jechałem grzecznie w kolumnie wystraszonych kierowców za nieoznakowanym radiowozem, tylko wyprzedziłem go (z prawidłową prędkością). I to był pierwszy błąd! Funkcjonariusze - pan z ładną panią - podążali za mną przez ponad 20 kilometrów. Trudno jest wytrzymać taki dystans uważając stale, by nie złamać jakiegoś przepisu. Wreszcie nastąpił wyczekiwany przez nich moment: dokonałem manewru wyprzedzania ciężarówki w jedynym możliwym do tego miejscu, ale niestety został on zakończony na linii ciągłej. Po kolejnych siedmiu kilometrach (!) zostałem zatrzymany i zapłaciłem mandat. A trzeba było go nie przyjmować.
Lucjan Wołos
** Z uwagą przeczytałem artykuł w "Gazecie" pt. "Kontrola z połamaniem". Nie będę oceniał opisanej sytuacji, oceni to prokuratura. Natomiast przytoczę swoją przygodę z meganką. Latem ub. roku jechałem z Olsztyna do Gdańska. Przed Gietrzwałdem zauważyłem jadącą przede mną megankę. Para policjantów jechała ok. 80-90 km na godz. I tak być powinno. Natomiast zdziwił mnie i oburzał fakt zwalniania do 60-70 km na godz. na zakrętach, przy podwójnej linii. A szczególnie złośliwym zachowaniem było niczym nieuzasadnione spowalnianie całej kawalkady pojazdów do 30-40 km na godz. w terenie zabudowanym. Cel był jeden: trafić jelenia, który nie wytrzyma i zostanie sprowokowany do popełnienia błędu. Jeżeli taka ma być rola tej formacji, to ja jej dziękuję.
Dane do wiadomości redakcji
Może miałem szczęście
** Skrzyżowanie, zapaliło się czerwone, więc staję. Wcześniej zmieniłem pas na lewy (na prawym stoi furmanka). Po chwili za mną zatrzymuje się następne auto. Zielone, ruszamy, gość siedzi mi na ogonie, spieszy mu się wyraźnie. A niech jedzie. Zjeżdżam na prawy pas za skrzyżowaniem jeszcze na ciągłej, gość odjeżdża w siną dal. Zatrzymuje mnie policja. Płacę za przekroczenie tej ciągłej linii. Tak to zapłaciłem za uprzejmość. W ciągu 23 lat milicja/policja zatrzymywała mnie wiele razy (bo to kawałek czasu jest). Czasem za prędkość, czasem po prostu do kontroli, ale zawsze odbywało się to kulturalnie. Jeśli wyegzekwowali mandat, to mieli rację. Nie miałem żadnego przypadku choćby zbliżonego do sytuacji opisanej w artykule. Czyżby szczęście?
Byli mili
** Mam bardzo miłe wspomnienia z kontroli drogowej, ale może moje szczęście polega na tym, że nie zaliczyłem dotychczas spotkania z policjantami z meganek, ale z normalnym patrolem prewencji. Jechałem w styczniu przez Olsztyn, dozwoloną prędkością, a nawet poniżej. Było ślisko i pech chciał, że na jednym ze skrzyżowań wyczułem, że mam lód pod kołami i wiedząc, że nie zdążę się zatrzymać na światłach - właśnie zielone zmieniło się na pomarańczowe - przejechałem na nim. Nie widziałem, że jedzie za mną radiowóz. Policjanci zatrzymali mnie. Według nich przejechałem już na czerwonym. Wiadomo, policja wie lepiej. Nawet jeśli bym się zaklinał, że było inaczej, nic by to nie dało. A ja byłem autentycznie załamany i było mi wstyd. Policjant chyba to zauważył. Skończyło się na pouczeniu. Trafiłem na policjanta, który nie podszedł do mnie według przepisu, ale po ludzku. Ja innej kary już nie potrzebowałem. Do dziś jest mi głupio, że to zrobiłem. Pogrożenie palcem przez funkcjonariusza mi wystarczyło. Boję się jednak, że takiego wyczucia psychologicznego wielu policjantów nie ma. Dla nich przepis to przepis i kierowców muszą karać (pewnie często trzeba). Nie bez powodu jeden z kolegów zawsze mi powtarza, że zmienię zdanie o drogówce, gdy trafię na kogoś, kto będzie chciał pokazać, że policja to władza.
Tomasz J.
Nietypowa kontrola
Tak wyglądało moje spotkanie z policją sprzed ok. 1,5 miesiąca... Była godzina 23, gdy wraz z kolegą wracaliśmy z meczu halówki do domów. Gdy już dojeżdżaliśmy, zatrzymałem się na skrzyżowaniu, żeby zobaczyć, czy nic nie jedzie. Ponieważ była to droga podporządkowana i zobaczyłem, że jedzie auto - zaczekałem. Okazało się, że to radiowóz naszej policji. Zaraz jak przejechali, skręciłem za nimi. 50 metrów dalej była ślepa uliczka, w której panowie policjanci zatrzymali się, poczekali, aż przejadę, i chcieli jechać za mną. Nie spodziewali się jednak, że kawałek dalej i ja się zatrzymam. Włączyłem migacz i czekałem, aż kolega się wypakuje z samochodu. Panowie policjanci podjechali swoim radiowozem od mojej strony i patrzyli, co się tam dzieje. Nie wiedziałem, co zrobić, bo żaden z nich nie wysiadł, a ich auto zastawiło mi drogę. Otworzyłem okno i powiedziałem "dobry wieczór", żeby chociaż jakoś zagadać. Z drugiej strony nie wiedziałem też, czego mam się spodziewać. Usłyszałem za to rozmowę policjantów. Policjant kierowca: - I jak? Policjant pasażer: - Trzeźwy jest. Policjant kierowca: - To jedziemy. No i pojechali. Przez chwilę siedziałem w samochodzie jak osłupiały. Tak specyficznej kontroli trzeźwości jeszcze nie miałem.
- 15 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień




