Emerytura na ludowo: dwa filary i arszenik

Tomasz Kurs
2009-11-17 , aktualizacja: 18.11.2009 10:45
A A A Drukuj
Minister finansów Jacek Rostowski powiedział w poniedziałkowej Gazecie, że najlepszym funduszem emerytalnym jest inwestowanie w dzieci i w dobre stosunki z nimi. Taki system stosowany był przez wieki. Jak się sprawdzał?
Protest olsztyńskich emerytów w październiku 2008 roku
Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta
Protest olsztyńskich emerytów w październiku 2008 roku
ZOBACZ TAKŻE
Można dyskutować o skuteczności takiego tradycyjnego systemu, ale kiedyś ludność wiejska na inny nie mogła po prostu liczyć.

Życie dawnego emeryta, jak i wielu dziś, nie było wcale wypoczynkiem. Zwykle babcia opiekowała się wnukami, gotowała obiady i wykonywała prace pomocnicze niewymagające wielkiego wysiłku. Podobnie było z dziadkiem, który np. mógł naprawiać sieci bądź wyplatać kosze.

Kiedy człowiek przestawał być zdolny do pracy, młode pokolenie musiało się zatroszczyć o starość swoich rodziców i dziadków. Jak "emerytura" wyglądała na warmińskiej i mazurskiej wsi? Było z tym bardzo różnie, jednak trudno mówić o dostatniej i spokojnej jesieni życia. Zasadniczo na emeryturę składały się dwa filary: pierwszy to dzieci, drugi odłożone pieniądze.

Pod opieką dzieci

Na starość rodzice pozostawali w domu, który przekazywali, któremuś z potomków. Zwykle pierworodnemu synowi. - Była to najczęściej zawierana przy świadkach umowa ustna albo notarialna - mówi Elżbieta Kaczmarek, etnograf z Muzeum Warmii i Mazur. - Bardzo precyzyjnie określała, co należy się rodzicom, którzy przekazują gospodarstwo. W skład tzw. wymowy mogła wchodzić kasza, len czy kapusta gwarantowana rodzicom. Wpisywano nawet obowiązek użyczania koni na niedzielną mszę.

Poza tym określano dokładnie, jaką część domu mogą zajmować staruszkowie. Dostawali najczęściej przynajmniej jedną całą izbę, w której mieszkali aż do śmierci. Jeśli dom był za mały, niekiedy w tym celu go rozbudowywano.

Formę umowy stosowano z obawy, że samo poczucie obowiązku względem starszych nie wystarczy. Przekazanie całego dorobku życia mogło być ryzykowne, gdy trzeba było potem liczyć tylko na dobre serce dzieci. Spotykało się przypadki, gdy młodzi wyrzucali rodziców z domu. Tak rosły szeregi żebraków. - Na szczęście nie bywało tak często, bo wtedy bardziej niż teraz trzeba było liczyć się z tzw. opinią publiczną, czyli lokalną społecznością. A przez ludzi takie rzeczy nie były dobrze widziane - wyjaśnia Elżbieta Kaczmarek. - O podobnych przypadkach można jednak przeczytać w starych wydaniach gazet.

Kasa na czarną godzinę

"Drugim filarem" były pieniądze, które udało się odłożyć na starość. Sumy nie były jednak zawrotne, bo panowała bieda. Więcej zaoszczędzić mogli tylko właściciele dużych gospodarstw, młynarze i kowale.

Kiedyś starość zaczynała się wcześniej. - Składało się na to m.in. złe odżywianie i obawa przed medycyną. Panowało przekonanie, że do szpitala idzie się umierać - wyjaśnia etnograf. - Już 60-latek uznawany był za osobę w podeszłym wieku, choć zdarzali się ludzie nawet po 80.

Starcy poza pieniędzmi, które potrzebne im były za życia, troszczyli się też o dobre miejsce na cmentarzu. A warto zaznaczyć, że przyczyny śmierci wielu dawnych emerytów nie były wcale naturalne. - Kiedyś arszenik był nazywany "proszkiem starych ludzi". Niektóre dzieci używały go, chcąc pozbyć się zawadzających im rodziców. Takie przypadki były notowane w XIX, a nawet jeszcze na początku XX wieku - opowiada Elżbieta Kaczmarek. - Trudno takie rzeczy było udowodnić, bo wiejska społeczność była bardzo zamknięta, a kryminalistyka znajdowała się w powijakach.



Podziel się

  • 5 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów