Dla miasta wyburzyć zabytek to najłatwiejsze
2009-08-17
, aktualizacja: 17.08.2009 20:56
Wojewódzki konserwator zabytków chce, by spalony budynek w koszarach został odbudowany. Miasto twierdzi, że to niemożliwe i odwołało się od decyzji konserwatora do ministra kultury, a to otwiera drogę do zburzenia zabytku
ZOBACZ TAKŻE
- Koszary bez grosza. Co z odszkodowaniem? (25-08-09, 18:12)
- Ratusz chce zburzyć spalone zabytkowe koszary (16-08-09, 17:55)
- Zabytkowe budynki z dobudowanymi... balkonami (20-09-09, 18:30)
- Ukryte skarby z czerwonej cegły na Zatorzu (22-05-09, 18:34)
- Burzą wartownie, bo nikomu nie są już potrzebne (14-06-10, 20:08)
- Ełk już wie, jak zagospodaruje centrum. A Olsztyn? (18-11-09, 18:11)
- Orlik w Pozezdrzu jeszcze później, niż miał być (18-11-09, 18:07)
- Koszary przy ul. Artyleryjskiej będą zabytkiem (20-10-09, 19:59)
- "Gazeta" apeluje: czas, by zadbać o starówkę (04-10-09, 19:36)
- Koalicja stowarzyszeń walczy z ratuszem o tartak (19-08-09, 18:10)
- Wartownia - mały budynek, wielki problem (07-07-09, 20:37)
- Zabytkowy budynek z XIX wieku w zgliszczach (20-05-09, 19:36)
Napisaliśmy o tym w poniedziałkowej "Gazecie".
ROZMOWA Z HISTORYKIEM ARCHITEKTURY
Tomasz Kurs: Czy dziwią pana odwołania urzędników w sprawach zabytków?
Jan Salm, historyk architektury z Politechniki Łódzkiej, znawca architektury Prus Wschodnich, przewodniczący Wojewódzkiej Rady Ochrony Zabytków: Miasto ma prawo się odwołać. Jednak to, że tak się dzieje, świadczy o całkowitym braku spójności polityki konserwatorskiej i działań miasta. Nie ma tu żadnego porozumienia ani wspólnoty celów. Z jednej strony Urząd Ochrony Zabytków chciałby zachować wartość, jaką jest zabytek przy ul. Gietkowskiej, z drugiej urzędnicy mają inne priorytety i nie są chętni do przeprowadzania kosztownych prac remontowych oraz adaptacyjnych. Można się tylko zastanawiać, dlaczego konserwatorzy i urzędnicy nie są w stanie razem usiąść przy stole i porozmawiać o wspólnej, długofalowej strategii działania dla dobra miasta i jego zabytków.
Czy to reguła, że polskie samorządy traktują zabytki jak kulę u nogi? W Olsztynie zmieniają się ekipy, ale można odnieść wrażenie, że podejście do problemu jest wciąż takie samo.
- To specyfika większości miast polskich oraz samorządów i służb miejskich. Wynika to zapewne w dużym stopniu z braku odpowiedniej edukacji i swoistej ignorancji, a także z bagatelizowania potrzeby dbania o dziedzictwo historyczne i przestrzeń publiczną. To też kwestia braku dobrych, precyzyjnych miejscowych planów zagospodarowania. Za ileś lat mieszkańcy tych miejscowości obudzą się z przysłowiową ręką w nocniku i zdadzą sobie sprawę, że coś wartościowego, czasem niepowtarzalnego zostało bezpowrotnie zmarnowane i zniszczone. Niestety zainteresowanie ochroną dziedzictwa kulturalnego wśród radnych i polityków samorządowych jest na ogół niewielkie. Większe znaczenie mają dla nich inne sprawy. Zabytki są gdzieś na końcu tej listy.
Co może zmienić mentalność urzędników?
- Najlepiej, żeby urzędników dyscyplinowali przełożeni zdający sobie sprawę z wagi problemu, jakim jest przemyślana i staranna ochrona dóbr kultury. Ważne są też czytelne przepisy i dobre prawo lokalne regulujące sprawy ochrony dziedzictwa kulturowego. Trzeba dążyć, żeby powstała atmosfera sprzyjająca opiece nad zabytkami i dbałości o historyczne budowle niemające takiego statusu, choć także ważne dla miasta i jego pejzażu. Ważna jest stała edukacja, artykuły w mediach, prelekcje i wystawy, a nawet wyrabianie wrażliwości plastycznej w szkole. Przydałby się też jakiś zakochany w mieście radny albo wręcz lobby radnych, które walczyłoby o zachowanie dziedzictwa. Mam nadzieję, że w Olsztynie już tacy są. Albo będą.
Jak Olsztyn mógłby wykorzystać swoje dziedzictwo?
- Dla mnie jako człowieka z zewnątrz, Olsztyn pomimo istnienia - jak niemal wszędzie - obszarów zmarnowanych przez budowę ponurych blokowisk, pozostaje bardzo harmonijnym, wręcz wyjątkowym na skalę kraju zespołem zabudowy miejskiej z końca XIX i początków XX wieku znakomicie wpisanej w malowniczy układ topograficzny. Centrum nie zostało na szczęście zeszpecone wielką płytą, a architektura i przyroda przenikają się w piękny sposób, częściowo świadomie zaprojektowany w początkach XX w. Olsztyn to miasto zieleni z niską zabudową, w dużym stopniu z niezniszczonym historycznym pejzażem i świetnie ukształtowaną, nienaruszoną historyczną sylwetą. W tym upatruję jego główny potencjał. Zamiast silić się na budowę wieżowców i inne pseudonowości należy mądrze zadbać o już istniejącą tkankę i wykorzystać ją jak najlepiej. Miasto powinno wypracować spójną politykę gospodarowania tym potencjałem: zielenią, architekturą i układem urbanistycznym - przestrzenią kulturową o unikatowych walorach. To ogromne atuty, które można spożytkować i rozwijać, umiejętnie o nie dbając.
KOMENTARZ
ZABYTKI NIE FAJERWERKI
Naszym urzędnikom weszło w krew, że zabytkiem zajmują się dopiero, gdy zostaną do tego zmuszeni okolicznościami bądź mandatami. Olsztyńską tradycją są też odwołania od decyzji konserwatora zabytków. W 2007 r. próbowali w ten sposób zablokować wpisanie do rejestru zabytków tartaku Raphaelsohnów w zakolu Łyny, potem budynku po koszarach Funka przy ul. Kasprowicza. Zastanawiali się też nad wyburzeniem tzw. dworu Grzymałów na Tracku. Teraz podobna sytuacja powtarza się w koszarach na Zatorzu. Wrażenie jest takie, że więcej energii miasto wkłada, żeby znaleźć okazję na wyburzenie historycznych budynków, niż w poszukiwanie sposobów i pieniędzy, by je uratować. - Chcieliśmy wykorzystać szansę, jaką daje odwołanie [od decyzji konserwatorów] - wyjaśnił mi dyrektor Zakładu Lokali i Budynków Komunalnych. Słowo "szansa" jest tu na miejscu, bo po ewentualnym uwzględnieniu odwołania przez Ministerstwo Kultury urzędnicy mogliby wyburzyć fragment niszczejących koszar. Takiej "szansy" nie można przegapić. Trudno się dziwić, że prywatni właściciele zabytków są równie beztroscy.
Miasto nie żałuje czasu ani środków na przygotowanie różnych koncepcji. Ale nie ma pomysłu, jak wykorzystać dziedzictwo kulturowe miasta i w nie zainwestować, choć bez zamku, katedry, Wysokiej Bramy, Starego Miasta czy kompleksów koszarowych Olsztyn byłby miasteczkiem bez charakteru. W dodatku brakuje polityki, która służyłaby ochronie tego dziedzictwa - od zabytkowych budynków po pozorne drobnostki, jak rodzaj stosowanej kostki brukowej, kształt płytek chodnikowych, kolor barierek w parku czy gatunek kwiatów w ulicznych donicach. Wypracowanie takiej polityki wymaga jednak cierpliwości i może trwać latami. To żmudna praca, a nie fajerwerki, które można przygotować z dnia na dzień.
Tomasz Kurs
Koszary przy Gietkowskiej, czyli historia niemocy
1991 - pożar ujeżdżalni, obiekt zostaje rozebrany
2000 - koszary zostają wpisane do rejestru zabytków
2005 - powstaje koncepcja miasteczka artystycznego w koszarach
2007 - miasto rezygnuje z tej koncepcji
2008 - Urząd Ochrony Zabytków kontroluje koszary. Pod groźbą mandatów miasto zostaje zmuszone do zabezpieczenia jednego z budynków
2009 - pożar stajni przy ul. Gietkowskiej 10, jednego z najlepiej zachowanych obiektów w całym zespole koszarowym. Władze zapowiadają opracowanie kolejnej koncepcji zagospodarowania koszar.
ROZMOWA Z HISTORYKIEM ARCHITEKTURY
Tomasz Kurs: Czy dziwią pana odwołania urzędników w sprawach zabytków?
Jan Salm, historyk architektury z Politechniki Łódzkiej, znawca architektury Prus Wschodnich, przewodniczący Wojewódzkiej Rady Ochrony Zabytków: Miasto ma prawo się odwołać. Jednak to, że tak się dzieje, świadczy o całkowitym braku spójności polityki konserwatorskiej i działań miasta. Nie ma tu żadnego porozumienia ani wspólnoty celów. Z jednej strony Urząd Ochrony Zabytków chciałby zachować wartość, jaką jest zabytek przy ul. Gietkowskiej, z drugiej urzędnicy mają inne priorytety i nie są chętni do przeprowadzania kosztownych prac remontowych oraz adaptacyjnych. Można się tylko zastanawiać, dlaczego konserwatorzy i urzędnicy nie są w stanie razem usiąść przy stole i porozmawiać o wspólnej, długofalowej strategii działania dla dobra miasta i jego zabytków.
Czy to reguła, że polskie samorządy traktują zabytki jak kulę u nogi? W Olsztynie zmieniają się ekipy, ale można odnieść wrażenie, że podejście do problemu jest wciąż takie samo.
- To specyfika większości miast polskich oraz samorządów i służb miejskich. Wynika to zapewne w dużym stopniu z braku odpowiedniej edukacji i swoistej ignorancji, a także z bagatelizowania potrzeby dbania o dziedzictwo historyczne i przestrzeń publiczną. To też kwestia braku dobrych, precyzyjnych miejscowych planów zagospodarowania. Za ileś lat mieszkańcy tych miejscowości obudzą się z przysłowiową ręką w nocniku i zdadzą sobie sprawę, że coś wartościowego, czasem niepowtarzalnego zostało bezpowrotnie zmarnowane i zniszczone. Niestety zainteresowanie ochroną dziedzictwa kulturalnego wśród radnych i polityków samorządowych jest na ogół niewielkie. Większe znaczenie mają dla nich inne sprawy. Zabytki są gdzieś na końcu tej listy.
Co może zmienić mentalność urzędników?
- Najlepiej, żeby urzędników dyscyplinowali przełożeni zdający sobie sprawę z wagi problemu, jakim jest przemyślana i staranna ochrona dóbr kultury. Ważne są też czytelne przepisy i dobre prawo lokalne regulujące sprawy ochrony dziedzictwa kulturowego. Trzeba dążyć, żeby powstała atmosfera sprzyjająca opiece nad zabytkami i dbałości o historyczne budowle niemające takiego statusu, choć także ważne dla miasta i jego pejzażu. Ważna jest stała edukacja, artykuły w mediach, prelekcje i wystawy, a nawet wyrabianie wrażliwości plastycznej w szkole. Przydałby się też jakiś zakochany w mieście radny albo wręcz lobby radnych, które walczyłoby o zachowanie dziedzictwa. Mam nadzieję, że w Olsztynie już tacy są. Albo będą.
Jak Olsztyn mógłby wykorzystać swoje dziedzictwo?
- Dla mnie jako człowieka z zewnątrz, Olsztyn pomimo istnienia - jak niemal wszędzie - obszarów zmarnowanych przez budowę ponurych blokowisk, pozostaje bardzo harmonijnym, wręcz wyjątkowym na skalę kraju zespołem zabudowy miejskiej z końca XIX i początków XX wieku znakomicie wpisanej w malowniczy układ topograficzny. Centrum nie zostało na szczęście zeszpecone wielką płytą, a architektura i przyroda przenikają się w piękny sposób, częściowo świadomie zaprojektowany w początkach XX w. Olsztyn to miasto zieleni z niską zabudową, w dużym stopniu z niezniszczonym historycznym pejzażem i świetnie ukształtowaną, nienaruszoną historyczną sylwetą. W tym upatruję jego główny potencjał. Zamiast silić się na budowę wieżowców i inne pseudonowości należy mądrze zadbać o już istniejącą tkankę i wykorzystać ją jak najlepiej. Miasto powinno wypracować spójną politykę gospodarowania tym potencjałem: zielenią, architekturą i układem urbanistycznym - przestrzenią kulturową o unikatowych walorach. To ogromne atuty, które można spożytkować i rozwijać, umiejętnie o nie dbając.
KOMENTARZ
ZABYTKI NIE FAJERWERKI
Naszym urzędnikom weszło w krew, że zabytkiem zajmują się dopiero, gdy zostaną do tego zmuszeni okolicznościami bądź mandatami. Olsztyńską tradycją są też odwołania od decyzji konserwatora zabytków. W 2007 r. próbowali w ten sposób zablokować wpisanie do rejestru zabytków tartaku Raphaelsohnów w zakolu Łyny, potem budynku po koszarach Funka przy ul. Kasprowicza. Zastanawiali się też nad wyburzeniem tzw. dworu Grzymałów na Tracku. Teraz podobna sytuacja powtarza się w koszarach na Zatorzu. Wrażenie jest takie, że więcej energii miasto wkłada, żeby znaleźć okazję na wyburzenie historycznych budynków, niż w poszukiwanie sposobów i pieniędzy, by je uratować. - Chcieliśmy wykorzystać szansę, jaką daje odwołanie [od decyzji konserwatorów] - wyjaśnił mi dyrektor Zakładu Lokali i Budynków Komunalnych. Słowo "szansa" jest tu na miejscu, bo po ewentualnym uwzględnieniu odwołania przez Ministerstwo Kultury urzędnicy mogliby wyburzyć fragment niszczejących koszar. Takiej "szansy" nie można przegapić. Trudno się dziwić, że prywatni właściciele zabytków są równie beztroscy.
Miasto nie żałuje czasu ani środków na przygotowanie różnych koncepcji. Ale nie ma pomysłu, jak wykorzystać dziedzictwo kulturowe miasta i w nie zainwestować, choć bez zamku, katedry, Wysokiej Bramy, Starego Miasta czy kompleksów koszarowych Olsztyn byłby miasteczkiem bez charakteru. W dodatku brakuje polityki, która służyłaby ochronie tego dziedzictwa - od zabytkowych budynków po pozorne drobnostki, jak rodzaj stosowanej kostki brukowej, kształt płytek chodnikowych, kolor barierek w parku czy gatunek kwiatów w ulicznych donicach. Wypracowanie takiej polityki wymaga jednak cierpliwości i może trwać latami. To żmudna praca, a nie fajerwerki, które można przygotować z dnia na dzień.
Tomasz Kurs
Koszary przy Gietkowskiej, czyli historia niemocy
1991 - pożar ujeżdżalni, obiekt zostaje rozebrany
2000 - koszary zostają wpisane do rejestru zabytków
2005 - powstaje koncepcja miasteczka artystycznego w koszarach
2007 - miasto rezygnuje z tej koncepcji
2008 - Urząd Ochrony Zabytków kontroluje koszary. Pod groźbą mandatów miasto zostaje zmuszone do zabezpieczenia jednego z budynków
2009 - pożar stajni przy ul. Gietkowskiej 10, jednego z najlepiej zachowanych obiektów w całym zespole koszarowym. Władze zapowiadają opracowanie kolejnej koncepcji zagospodarowania koszar.
- 17 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
-
Jedyna szansa-nowi radni i nowy prezydent...
samozwaniec1
18.08.09, 10:38
Obecna rada miasta z piekarzem tylko bije piane.Prawdziwych/czyli myslacych o przyszlosci miasta rajcow jest tam trzech lub czterech/.Reszta to dietetycy/od diety/ i oszolomstwo »
-
Dla miasta wyburzyć zabytek to najłatwiejsze
weganin11
18.08.09, 11:51
Czy nie można przepędzić tych mało myślących urzędasów, a wprowadzić na ichmiejsce ludzi myślących z wiedzą, a nie tornistrami politycznymi??»
-
Dla miasta wyburzyć zabytek to najłatwiejsze
kamalaska
20.09.09, 23:18
nie ma sensu odbudowa tej ruiny:( epiej niech Bema się zajmą»
Najczęściej czytane24 htydzień





