Dyskusja o stanie kultury: Olsztyn niekulturalny
2010-02-02
, aktualizacja: 02.02.2010 19:53
Dialog z urzędnikami o kulturze nie jest łatwy. Ale winne jest temu także środowisko artystyczne
ZOBACZ TAKŻE
- Artyści: Miasto za ostro tnie nakłady na kulturę (13-01-11, 16:11)
- Mniej pieniędzy na imprezy letnie. Szkoda czy nie? (25-04-10, 19:37)
- Żywioł wyobraźni szaleje w Mieście Szklanych Słoni (26-02-10, 20:23)
- Ostatni "Portret". Upada wysoka kultura w Olsztynie (31-01-10, 19:06)
- Mądrale z ratusza zdecydowali: miasto bez kultury (25-01-10, 19:46)
Dyrektor Teatru Jaracza Janusz Kijowski w liście opublikowanym w "Gazecie" 26 stycznia zwrócił uwagę na kiepski stan olsztyńskiej kultury. Od tego zaczęła się dyskusja o stanie kultury w Olsztynie.
Nie jestem zwolenniczką formy, w jakiej przedstawił swoje argumenty, ale w wielu spostrzeżeniach miał rację. Prezydent Piotr Grzymowicz w odpowiedzi na list dyrektora teatru próbował udowodnić, że miasto nie traktuje kultury po macoszemu. Na konferencję prasową przygotował zestawienie inwestycji od 2007 roku zrealizowanych w instytucjach, które podlegają ratuszowi. Mamy wśród nich także zakup komputerów do Biura Wystaw Artystycznych, samochodu dostawczego do Teatru Lalek czy wymianę okien w tej placówce. Zaplecze techniczne i wyposażenie placówek kultury jest ważne, ale to nie powód do chwały, najwyżej obowiązek miasta. Jestem pewna, że nie o taką troskę chodziło Kijowskiemu. Co z pomocą, która pozwoliłaby podnieść poziom artystyczny i rangę wydarzeń kulturalnych, które odbywają się w Olsztynie i mogłyby być jego wizytówką?
To pokazuje, z jak dużym niezrozumieniem urzędnicy traktują sprawy kultury. Zwrócił na to uwagę Mariusz Sieniewicz, który - także na łamach "Gazety" - odpowiedzialnością za to, że w Olsztynie przestał istnieć "Portret", jedyne poważne pismo kulturalne, obarczył urzędników. I przypomina, że twórcy "Portretu" z większą estymą byli traktowani w kraju niż w rodzinnym mieście.
Ale nie za wszystko odpowiadają urzędnicy. Fakt, że Olsztyn to martwe, nudne miasto to również wina lokalnego środowiska artystycznego i kierowników placówek kulturalnych. Czy działalność olsztyńskiego oddziału związku plastyków czy literatów jest prężna? Wystawiają swoje prace w miejskich galeriach lub organizują spotkania najczęściej z lokalnymi pisarzami czy poetami. Wszystko się dusi we własnym sosie. Przynależność do artystycznych związków potrzebna jest praktycznie tylko po to, by brać udział w konkursach plastycznych, a nie wypływa z potrzeby serca, by wpływać na jakość olsztyńskiej kultury.
Z młodym pokoleniem pretendującym do miana artystów nie jest lepiej. W większości to grupki wzajemnej adoracji, które w pubie czy w jakimś mieszkanku czytają swoje utwory, wzajemnie się komplementując. Są zbyt leniwi, by zaznaczyć swoją obecność w mieście. Bycie artystą w ich wydaniu to raczej kaprys i moda.
A jak na jakość życia kulturalnego wpływają miejskie galerie? O Biurze Wystaw Artystycznych powiedziano już bardzo wiele. W czasach, gdy artyści eksperymentują z treścią i formą, ciężko uznać tę placówkę za miejsce, w którym można się dowiedzieć, co dzieje się w sztuce. O takiej placówce jak toruńskie Centrum Sztuki Współczesnej, które w poniedziałek znów zagościło na łamach ogólnopolskiej "Gazety", możemy jedynie pomarzyć. Może nowy dyrektor BWA to zmieni?
W teatrze także ciężko liczyć na coś zaskakującego czy oryginalnego. Wystarczy spojrzeć na afisz. "Starsi panowie dwaj", "Wesele u drobnomieszczan". Te spektakle niczego nie uczą olsztynian. Na szczęście wydaje się, że w Jaraczu są tego świadomi. "Sanatorium pod Klepsydrą" Brunona Schulza to próba pokazania olsztynianom sztuki, która wcale nie musi być lekka, łatwa i przyjemna.
Błędy i zaniechania środowiska artystycznego powodują, że w Olsztynie nie ma wyedukowanych odbiorców. Skąd olsztynianie mają wiedzieć, jak życie kulturalnego miasta wygląda? Dominują widzowie, którzy lubią to, do czego latami byli przyzwyczajani. Zderzenie z artystyczną nowością, znaną z większych miast, dla nich bywa szokującym przeżyciem. Tak było podczas ubiegłorocznych Spotkań Teatralnych, kiedy konsternację dużej części publiczności wzbudził spektakl "Słodki ptak młodości" Teatru Wybrzeże z Gdańska. Niektórzy widzowie byli oburzeni tym, że na scenie pojawiła się naga aktorka, a w dialogach usłyszeli przekleństwa. Niektórzy łapali się za głowę, a inni ostentacyjnie nie klaskali po przedstawieniu. Takie spektakle mogą bulwersować tylko na kulturalnej prowincji. Albo weźmy inny przykład. Przed wernisażem wystawy Tomasza Kawszyna zatytułowanej "Serce i strzała to znak pedała" w "HaloGalerii", jej przeciwnicy ekscytowali się listem zbulwersowanego wystawą mieszkańca Olsztyna.
Gdzie jednak olsztynianie mają poznawać nowoczesną sztukę, która ma szokować, zmuszać do myślenia, przekraczać ustalone granice czy zaskakiwać treścią i formą? Jedną z nielicznych okazji jest właśnie ambitny festiwal Demoludy - o którego dofinansowanie walczy Janusz Kijowski - czy Olsztyńskie Spotkania Teatralne. Ani planowana modernizacja planetarium, ani adaptacja budynku pokoszarowego na użytek miejskiej biblioteki - a te inwestycje planuje ratusz - nie sprawią, że staniemy się zauważalnym ośrodkiem kulturalnym. Jeśli olsztyńskiemu środowisku także nie zacznie zależeć na podniesieniu jakości życia kulturalnego, jeszcze przez długie lata twórczość Artura Żmijewskiego, Pawła Althamera czy Krzysztofa Warlikowskiego będziemy oglądać tylko w telewizji. A Olsztyn na długo stanie się miastem bez kultury.
Nie jestem zwolenniczką formy, w jakiej przedstawił swoje argumenty, ale w wielu spostrzeżeniach miał rację. Prezydent Piotr Grzymowicz w odpowiedzi na list dyrektora teatru próbował udowodnić, że miasto nie traktuje kultury po macoszemu. Na konferencję prasową przygotował zestawienie inwestycji od 2007 roku zrealizowanych w instytucjach, które podlegają ratuszowi. Mamy wśród nich także zakup komputerów do Biura Wystaw Artystycznych, samochodu dostawczego do Teatru Lalek czy wymianę okien w tej placówce. Zaplecze techniczne i wyposażenie placówek kultury jest ważne, ale to nie powód do chwały, najwyżej obowiązek miasta. Jestem pewna, że nie o taką troskę chodziło Kijowskiemu. Co z pomocą, która pozwoliłaby podnieść poziom artystyczny i rangę wydarzeń kulturalnych, które odbywają się w Olsztynie i mogłyby być jego wizytówką?
To pokazuje, z jak dużym niezrozumieniem urzędnicy traktują sprawy kultury. Zwrócił na to uwagę Mariusz Sieniewicz, który - także na łamach "Gazety" - odpowiedzialnością za to, że w Olsztynie przestał istnieć "Portret", jedyne poważne pismo kulturalne, obarczył urzędników. I przypomina, że twórcy "Portretu" z większą estymą byli traktowani w kraju niż w rodzinnym mieście.
Ale nie za wszystko odpowiadają urzędnicy. Fakt, że Olsztyn to martwe, nudne miasto to również wina lokalnego środowiska artystycznego i kierowników placówek kulturalnych. Czy działalność olsztyńskiego oddziału związku plastyków czy literatów jest prężna? Wystawiają swoje prace w miejskich galeriach lub organizują spotkania najczęściej z lokalnymi pisarzami czy poetami. Wszystko się dusi we własnym sosie. Przynależność do artystycznych związków potrzebna jest praktycznie tylko po to, by brać udział w konkursach plastycznych, a nie wypływa z potrzeby serca, by wpływać na jakość olsztyńskiej kultury.
Z młodym pokoleniem pretendującym do miana artystów nie jest lepiej. W większości to grupki wzajemnej adoracji, które w pubie czy w jakimś mieszkanku czytają swoje utwory, wzajemnie się komplementując. Są zbyt leniwi, by zaznaczyć swoją obecność w mieście. Bycie artystą w ich wydaniu to raczej kaprys i moda.
A jak na jakość życia kulturalnego wpływają miejskie galerie? O Biurze Wystaw Artystycznych powiedziano już bardzo wiele. W czasach, gdy artyści eksperymentują z treścią i formą, ciężko uznać tę placówkę za miejsce, w którym można się dowiedzieć, co dzieje się w sztuce. O takiej placówce jak toruńskie Centrum Sztuki Współczesnej, które w poniedziałek znów zagościło na łamach ogólnopolskiej "Gazety", możemy jedynie pomarzyć. Może nowy dyrektor BWA to zmieni?
W teatrze także ciężko liczyć na coś zaskakującego czy oryginalnego. Wystarczy spojrzeć na afisz. "Starsi panowie dwaj", "Wesele u drobnomieszczan". Te spektakle niczego nie uczą olsztynian. Na szczęście wydaje się, że w Jaraczu są tego świadomi. "Sanatorium pod Klepsydrą" Brunona Schulza to próba pokazania olsztynianom sztuki, która wcale nie musi być lekka, łatwa i przyjemna.
Błędy i zaniechania środowiska artystycznego powodują, że w Olsztynie nie ma wyedukowanych odbiorców. Skąd olsztynianie mają wiedzieć, jak życie kulturalnego miasta wygląda? Dominują widzowie, którzy lubią to, do czego latami byli przyzwyczajani. Zderzenie z artystyczną nowością, znaną z większych miast, dla nich bywa szokującym przeżyciem. Tak było podczas ubiegłorocznych Spotkań Teatralnych, kiedy konsternację dużej części publiczności wzbudził spektakl "Słodki ptak młodości" Teatru Wybrzeże z Gdańska. Niektórzy widzowie byli oburzeni tym, że na scenie pojawiła się naga aktorka, a w dialogach usłyszeli przekleństwa. Niektórzy łapali się za głowę, a inni ostentacyjnie nie klaskali po przedstawieniu. Takie spektakle mogą bulwersować tylko na kulturalnej prowincji. Albo weźmy inny przykład. Przed wernisażem wystawy Tomasza Kawszyna zatytułowanej "Serce i strzała to znak pedała" w "HaloGalerii", jej przeciwnicy ekscytowali się listem zbulwersowanego wystawą mieszkańca Olsztyna.
Gdzie jednak olsztynianie mają poznawać nowoczesną sztukę, która ma szokować, zmuszać do myślenia, przekraczać ustalone granice czy zaskakiwać treścią i formą? Jedną z nielicznych okazji jest właśnie ambitny festiwal Demoludy - o którego dofinansowanie walczy Janusz Kijowski - czy Olsztyńskie Spotkania Teatralne. Ani planowana modernizacja planetarium, ani adaptacja budynku pokoszarowego na użytek miejskiej biblioteki - a te inwestycje planuje ratusz - nie sprawią, że staniemy się zauważalnym ośrodkiem kulturalnym. Jeśli olsztyńskiemu środowisku także nie zacznie zależeć na podniesieniu jakości życia kulturalnego, jeszcze przez długie lata twórczość Artura Żmijewskiego, Pawła Althamera czy Krzysztofa Warlikowskiego będziemy oglądać tylko w telewizji. A Olsztyn na długo stanie się miastem bez kultury.
- 17 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień




