Jacek Fedorowicz o sporcie, kabarecie i ciągłej tremie
28.01.2012
, aktualizacja: 13.02.2012 11:25
- Od zawsze marzyłem, by wystartować w biegu maratońskim i stanąć na podium. Było to realne dopiero po 70 roku życia, zgodnie z założeniem, że konkurenci wymrą - opowiada znany satyryk Jacek Fedorowicz.

Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Jacek Fedorowicz

Barbara Dębek
Jacek Fedorowicz (nr 4829) na mecie półmaratonu warszawskiego

Fot. EAST NEWS
"Do widzenia, do jutra" - Margueritte (Teresa Tuszyńska, w środku), córka francuskiego konsula,
w środowisku studenckiego teatrzyku Bim-Bom. Z lewej Jacek Fedorowicz,
a Zbyszek Cybulski właśnie wychyla kieliszek
ZOBACZ TAKŻE
- Tego jeszcze nie było, nowe show Zenona Laskowika (19-12-11, 16:03)
SERWISY
Cenionego satyryka wkrótce będzie można zobaczyć w Olsztynie. 17 lutego zaprezentuje się bowiem z Zenonem Laskowikiem w najnowszym programie pt. "Tego jeszcze nie było".
Rozmowa z Jackiem Federowiczem
Robert Robaszewski: Śmieszą pana dzisiejsze kabarety?
Jacek Fedorowicz: Rozumiem, że pytanie nie dotyczy Kabareciarni Zenona Laskowika, która mnie bardzo śmieszy?. Reszta, choć na pewno nie cała, też mnie śmieszy. Taki Robert Górski [z Kabaretu Moralnego Niepokoju] potrafił mnie kilka razy doprowadzić nawet do płaczu ze śmiechu. Śmieszy mnie Roman Żurek, Joanna Kołaczkowska, mógłbym wymienić tu jeszcze ze dwadzieścia nazwisk i z dziesięć nazw kabaretów, na które „jestem muzykalny”. Ale niestety większość spośród ogółu działających ma tyleż wyskoków w górę, co i w dół. Obok fragmentów znakomitych pojawiają się w ich programach takie, których wolałbym nie oglądać. Rażą mnie obficie stosowane wulgaryzmy, a często też żarty, które znam od dziecka, bo opowiadała mi je moja babcia, już wtedy uprzedzając, że opowie bardzo stary kawał.
Jak się panu pracuje z Zenonem Laskowikiem?
- Bardzo dobrze. Uwielbiam to, że on jest szefem, w związku z czym wszystkie kłopoty spadają na niego. Ponadto bardzo lubię oglądać go na scenie i dzięki współpracy wciąż to mogę robić. Laskowik to jest - nie boję się powiedzieć - geniusz kabaretowy, jaki zdarza się raz na wiele lat. Podobnie miałem kiedyś z innym wyjątkowym artystą, Bogumiłem Kobielą. Kiedy mnie pytano, jaka jest historia mojej współpracy z nim, odpowiadałem, że zawsze przepadałem za oglądaniem go na scenie, a że mam słaby wzrok, z widowni było mi za daleko. Więc się wkręciłem na partnera i teraz mogę go oglądać z bliska.
Jest pan absolwentem wydziału malarstwa gdańskiej ASP. Zbliża się pan czasem do sztalugi?
- Do sztalugi nie, bo z tego nie utrzymałbym rodziny. Za to nieźle wychodzę całe życie na rysunkach. Bywały okresy, że żyłem tylko z nich. I zawsze to lubiłem. Z rysunkami jest dość podobnie jak z występowaniem na scenie: człowiek ma ogromną frajdę podczas pracy i jeszcze mu za to płacą. I też jak na scenie: raz wyjdzie lepiej, raz gorzej, człowiek się zagryza, że cały dzień dłubał karykaturę jakiegoś znanego polityka, myślał że mu wyszło, a tu pytają "kto to?". Na bieżąco można oglądać moje rysuneczki w tygodniku "Wprost", mam tam swoją cotygodniową rubrykę.
W 2010 r. zagrał pan w dramacie "Orkiestra niewidzialnych instrumentów". Jest to pański powrót do kina po 36 latach nieobecności. Skąd tak długa przerwa?
- Z braku talentu. Czy może raczej umiejętności technicznych. Nie jestem aktorem. Lub też: jestem w zbyt małym stopniu. Kiedy pisaliśmy coś wspólnie ze Stanisławem Bareją i wymyślałem postać dla siebie - mogłem na planie mówić własnym tekstem nie udając kogoś innego. Kamera filmowa jest urządzeniem, które precyzyjnie wykrywa wszelki fałsz. A aktorstwo polega na udawaniu. Mówienie cudzym tekstem nie za bardzo mi wychodzi. I reżyserzy prędzej czy później musieli to zauważyć, stąd nie przewiduję już Oskara za aktorstwo filmowe.
Chciałbym zagaić o pana hobby, czyli bieganie. Podobno odzwyczaił się pan przez to od normalnego jedzenia.
- Ha, gratuluję dobrego poinformowania. To prawda. Kiedyś, ciut przed czterdziestką odbiło mi na bieganie długodystansowe. Od zawsze marzyłem, by wystartować w jakimś biegu maratońskim i stanąć na podium. Było to realne dopiero po siedemdziesiątce, zgodnie z założeniem, że konkurenci wymrą. Sprawdziło się. Pięć lat temu kilka razy udało mi się wygrać moją kategorię wiekową (M70+) i stawać na podium w różnych półmaratonach i "piętnastkach". Ale stała konieczność gotowości do treningu zmusiła mnie do jedzenia raz dziennie i tylko wieczorem (nie można biec z pełnym żołądkiem). I całkowicie odzwyczaiła od normalnych butów. Po trzydziestu pięciu latach chodzenia w tzw. adidasach trudno włożyć skórzane, szczególnie nowiutkie i nie mieć bąbli już po kilku krokach.
Mogłoby się wydawać, że po tylu latach występ na scenie jest dla pana "pestka", jednak nie jest tak do końca. Często pan się stresuje podczas występu.
- To znów bardzo dobra informacja, z jedną małą korektą: nie często, ale zawsze. To jest przekleństwo mojego życia. Mam wybujałą wyobraźnię i zawsze umiem sobie wyobrazić, jaka by to była kompromitacja, gdybym nagle publicznie coś palnął, zapomniał tekstu, czy wykopyrtnął się na scenie. Do tego z natury jestem nieśmiały, obecność słuchaczy peszy mnie nieprzytomnie. Owszem, wiem, nikt w to nie wierzy, ale to prawda. Właśnie dla nieśmiałych charakterystyczne jest to, że jak już znajdą się oko w oko z tym przerażającym ich tłumem to się przełamują i robią się histerycznie odważni, a nawet bezczelni.
Koncert w Olsztynie
Jacek Fedorowicz i Zenon Laskowik wystąpią 17 lutego w Olsztynie w towarzystwie formacji Kabareciarnia. Zaprezentują premierowy program pt. "Tego jeszcze nie było". Aula UWM (ul. Dybowskiego 11), godz. 19. Bilety po 100 zł i 80 zł można kupić w sklepie RockFan (Inka, I p.). Rezerwacje grupowe: 600 347 580.
Rozmowa z Jackiem Federowiczem
Robert Robaszewski: Śmieszą pana dzisiejsze kabarety?
Jacek Fedorowicz: Rozumiem, że pytanie nie dotyczy Kabareciarni Zenona Laskowika, która mnie bardzo śmieszy?. Reszta, choć na pewno nie cała, też mnie śmieszy. Taki Robert Górski [z Kabaretu Moralnego Niepokoju] potrafił mnie kilka razy doprowadzić nawet do płaczu ze śmiechu. Śmieszy mnie Roman Żurek, Joanna Kołaczkowska, mógłbym wymienić tu jeszcze ze dwadzieścia nazwisk i z dziesięć nazw kabaretów, na które „jestem muzykalny”. Ale niestety większość spośród ogółu działających ma tyleż wyskoków w górę, co i w dół. Obok fragmentów znakomitych pojawiają się w ich programach takie, których wolałbym nie oglądać. Rażą mnie obficie stosowane wulgaryzmy, a często też żarty, które znam od dziecka, bo opowiadała mi je moja babcia, już wtedy uprzedzając, że opowie bardzo stary kawał.
Jak się panu pracuje z Zenonem Laskowikiem?
- Bardzo dobrze. Uwielbiam to, że on jest szefem, w związku z czym wszystkie kłopoty spadają na niego. Ponadto bardzo lubię oglądać go na scenie i dzięki współpracy wciąż to mogę robić. Laskowik to jest - nie boję się powiedzieć - geniusz kabaretowy, jaki zdarza się raz na wiele lat. Podobnie miałem kiedyś z innym wyjątkowym artystą, Bogumiłem Kobielą. Kiedy mnie pytano, jaka jest historia mojej współpracy z nim, odpowiadałem, że zawsze przepadałem za oglądaniem go na scenie, a że mam słaby wzrok, z widowni było mi za daleko. Więc się wkręciłem na partnera i teraz mogę go oglądać z bliska.
Jest pan absolwentem wydziału malarstwa gdańskiej ASP. Zbliża się pan czasem do sztalugi?
- Do sztalugi nie, bo z tego nie utrzymałbym rodziny. Za to nieźle wychodzę całe życie na rysunkach. Bywały okresy, że żyłem tylko z nich. I zawsze to lubiłem. Z rysunkami jest dość podobnie jak z występowaniem na scenie: człowiek ma ogromną frajdę podczas pracy i jeszcze mu za to płacą. I też jak na scenie: raz wyjdzie lepiej, raz gorzej, człowiek się zagryza, że cały dzień dłubał karykaturę jakiegoś znanego polityka, myślał że mu wyszło, a tu pytają "kto to?". Na bieżąco można oglądać moje rysuneczki w tygodniku "Wprost", mam tam swoją cotygodniową rubrykę.
W 2010 r. zagrał pan w dramacie "Orkiestra niewidzialnych instrumentów". Jest to pański powrót do kina po 36 latach nieobecności. Skąd tak długa przerwa?
- Z braku talentu. Czy może raczej umiejętności technicznych. Nie jestem aktorem. Lub też: jestem w zbyt małym stopniu. Kiedy pisaliśmy coś wspólnie ze Stanisławem Bareją i wymyślałem postać dla siebie - mogłem na planie mówić własnym tekstem nie udając kogoś innego. Kamera filmowa jest urządzeniem, które precyzyjnie wykrywa wszelki fałsz. A aktorstwo polega na udawaniu. Mówienie cudzym tekstem nie za bardzo mi wychodzi. I reżyserzy prędzej czy później musieli to zauważyć, stąd nie przewiduję już Oskara za aktorstwo filmowe.
Chciałbym zagaić o pana hobby, czyli bieganie. Podobno odzwyczaił się pan przez to od normalnego jedzenia.
- Ha, gratuluję dobrego poinformowania. To prawda. Kiedyś, ciut przed czterdziestką odbiło mi na bieganie długodystansowe. Od zawsze marzyłem, by wystartować w jakimś biegu maratońskim i stanąć na podium. Było to realne dopiero po siedemdziesiątce, zgodnie z założeniem, że konkurenci wymrą. Sprawdziło się. Pięć lat temu kilka razy udało mi się wygrać moją kategorię wiekową (M70+) i stawać na podium w różnych półmaratonach i "piętnastkach". Ale stała konieczność gotowości do treningu zmusiła mnie do jedzenia raz dziennie i tylko wieczorem (nie można biec z pełnym żołądkiem). I całkowicie odzwyczaiła od normalnych butów. Po trzydziestu pięciu latach chodzenia w tzw. adidasach trudno włożyć skórzane, szczególnie nowiutkie i nie mieć bąbli już po kilku krokach.
Mogłoby się wydawać, że po tylu latach występ na scenie jest dla pana "pestka", jednak nie jest tak do końca. Często pan się stresuje podczas występu.
- To znów bardzo dobra informacja, z jedną małą korektą: nie często, ale zawsze. To jest przekleństwo mojego życia. Mam wybujałą wyobraźnię i zawsze umiem sobie wyobrazić, jaka by to była kompromitacja, gdybym nagle publicznie coś palnął, zapomniał tekstu, czy wykopyrtnął się na scenie. Do tego z natury jestem nieśmiały, obecność słuchaczy peszy mnie nieprzytomnie. Owszem, wiem, nikt w to nie wierzy, ale to prawda. Właśnie dla nieśmiałych charakterystyczne jest to, że jak już znajdą się oko w oko z tym przerażającym ich tłumem to się przełamują i robią się histerycznie odważni, a nawet bezczelni.
Koncert w Olsztynie
Jacek Fedorowicz i Zenon Laskowik wystąpią 17 lutego w Olsztynie w towarzystwie formacji Kabareciarnia. Zaprezentują premierowy program pt. "Tego jeszcze nie było". Aula UWM (ul. Dybowskiego 11), godz. 19. Bilety po 100 zł i 80 zł można kupić w sklepie RockFan (Inka, I p.). Rezerwacje grupowe: 600 347 580.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Cztery samochody spłonęły w nocy na Jarotach
- Prezentujemy mapę nowej strefy postojowej ...
- Remont w SM Pojezierze, czyli drogie ...
- Sportowe maskotki Olsztyna. Humor to podstawa
- Akcje CBŚ na Jarotach.Przestraszyli ludzi ...
- Kolejka chętnych, by sprzedawać alkohol. ...
- Zapomnieli o kosmonaucie, a miał promować ...




